Grzegorz Supady

 

Niemcy we współczesnej poezji polskiej

 

Pojawienie się w roku 2011 antologii „Do przyjaciela wroga. Niemcy w poezji polskiej” autorstwa Piotra Roguskiego stanowiło ważne wydarzenie we wzajemnych relacjach kulturalnych, łączących, a niekiedy nadal dzielących, Polskę i Niemcy. Po wcześniejszych ukazaniu się wyborów wierszy poetów polskich w Niemczech i niemieckich w Polsce, a także po opublikowaniu kilku antologii niemieckich wierszy o Polsce w Niemczech, nadszedł wreszcie czas na uzupełnienie ważnej luki, jakim jest kompleksowe podejście do tematyki niemieckiej, poruszanej na przestrzeni wieków przez poetów polskich. Antologia Roguskiego nie wyczerpuje oczywiście w pełni tematu, ale daje dostatecznie wiele powodów ku temu, by móc zgłębić stosunek rodzimych poetów do sąsiadów zza Odry i Nysy Łużyckiej. Szczególnie cenna, z uwagi na jej pionierski charakter, jest ostatnia część tego opracowania, zawierająca wiersze twórców należących do generacji lat sześćdziesiątych. O ile bowiem pewne wątki, dotyczące Niemiec u poetów dawniejszych, takich jak Wacław Potocki, Adam Mickiewicz czy Maria Konopnicka, były już niejednokrotnie omawiane, o tyle twórczość autorów, którzy dopiero niedawno wkroczyli na poetycki Parnas, nie została jeszcze poddana systematyzującej ocenie. Ze względu na ograniczenia poniższych rozważań do czasów najnowszych pominięte zostaną tutaj kwestie związane stricte z drugą wojną światową, ponieważ również one zostały zanalizowane dostatecznie wnikliwie w innych miejscach.

Problematyka niemiecka obecna jest także w utworach poetów urodzonych już wiele lat po zakończeniu ostatniej wojny, o czym świadczy zbiorczy podtytuł rozdziału zamykającego antologię – „Obrachunki powojenne”. Takie postawienie sprawy powoduje, że mimo najszczerszych chęci antologisty, wiele utworów nosi w dalszym ciągu piętno rozliczeniowe, nieco konfrontacyjne i mało koncyliacyjne. Charakterystyczne jest, że wiersze, powstałe najczęściej po odbyciu przez ich autorów jakiejś wyprawy do Niemiec, w niewielkim stopniu odwołują się do współczesności, a jeśli już, to przebija z tych wypowiedzi przekonanie o tym, że nad krajem tym wciąż unosi się duch szorstkiej przeszłości. Aspekt historyczny towarzyszy w zasadzie każdemu z reprezentowanych wierszy, tak, że trudno mówić o spodziewanym, nowym rozdaniu w stosunkach pomiędzy poetami polskim a Niemcami jako państwem i narodem. Co ciekawe, nastroje koncyliacyjne, występują już raczej w pełnej bólu poezji Tadeusza Różewicza, który ze względu na własne doświadczenia wojenne i śmierć brata Janusza (porucznika AK), miał jak najmniej powodów do wybaczenia dawnym oprawcom i poszukiwania porozumienia z ich potomkami. Symptomatyczne jest też, że mimo dłuższych pobytów w RFN, Zbigniew Herbert w zasadzie w ogóle nie odniósł się w swoich utworach do problematyki niemieckiej. Być może wynika to z pewnej ambiwalencji uczuć, o jakiej wspomina w jedynym wierszu odwołującym się do tej kwestii, zatytułowanym „Widokówka od Adama Zagajewskiego” z roku 1992:


A więc jesteś w Fryburgu ja też niegdyś tam byłem

aby zarobić łatwo na papier i chleb

Pod cynicznym sercem nosiłem naiwne złudzenie

że jestem Apostołem w podróży służbowej[1].


Obraz Niemiec, jawiący się na podstawie doświadczeń poetów polskich, odzwierciedla niezrozumiały do tej pory dla wielu obserwatorów z zewnątrz, dychotomiczny podział Niemców, postrzeganych jako naród sprawców z jednej i naród wielkiej kultury z drugiej strony. Jacek Kaczmarski w roku obowiązywania w Polsce rygorów stanu wojennego (1983) dzielił się jeszcze następującą refleksją na ten temat w wierszu „Młodych Niemców sen”:


Patrzę na młodych Niemców sen

Mocny, spokojny i bez winy

Pociąg przejeżdża wieczny Ren

W falach unoszą się kominy […]

I myśli się natrętne tlą

Gdy patrzę na uśpione głowy:

To hitlerowców dzieci są

A tam, to wojsko jest ludowe[2].


W zasadzie nikt z prezentowanych w antologii autorów nie odważył się zasypać tej przepaści poprzez odwołanie się do hic et nunc. Jeśli już, to uczynili to poeci z terenów zamieszkałych kiedyś przez ludność niemiecką, a więc z Warmii, Mazur, Pomorza i Śląska. Tak, jak uczynił to na przykład giżycczanin Wojciech Marek Darski w wierszu „Martha Wylutzki. 30.05.1981 – 20.11.1891”, skądinąd przywodzącym na myśl swoiste epitafium:


leżę tu cicho

i nikomu nie przerywam snu

pamiętam tylko mamę

to jest tylko chyba ta niezmienna czułość

która mnie teraz otula i chroni[3].


Odniesienie do dziedzictwa kulturowego sąsiadów z Zachodu najczęściej wyraża się hołdem dla postaci wielkich Niemców. Co ciekawe, za najbardziej znaczącego poetę niemieckiego zdaje się uchodzić nie kto inny, jak Friedrich Hölderlin. W różnych miejscach, w innym czasie i w odmiennych okolicznościach swe utwory poświęcone tej postaci napisali zarówno Włodzimierz Słobodnik, jak i Mieczysław Jastrun, Leopold Lewin, Stanisław Grochowiak, Julian Kornhauser, Stanisław Stabro, Erwin Kruk i Paweł Huelle. Niewątpliwie wpływ na takie, a nie inne postrzeganie Hölderlina, miała jego tragiczna biografia, a chyba w mniejszym stopniu siła jego poezji, pomijając słynne zawołanie „Was aber bleibt, stiften die Dichter” (To, co pozostaje, ustanawiają poeci), mogące z powodzeniem funkcjonować jako hasło międzynarodówki poetów, gdyby taka kiedykolwiek miałaby zaistnieć. Również książę niemieckich poetów, J. W. Goethe, przykuwa uwagę Polaków raczej swymi romansami i relacjami z najbliższym otoczeniem (żona, syn, służący) niż rangą jego twórczej działalności. Próba przeniknięcia tejże i oderwania od aktualnych kontekstów historycznych zawarta jest natomiast w utworach „Nad egzemplarzem Fausta znalezionym w opuszczonym niemieckim mieszkaniu” Witolda Wirpszy, „Johann W. G.” Pawła Huelle i „Nad Ilmenau” Mieczysława Jastruna. Wirpsza traktuje fakt porzucenia w zawierusze wojennej dzieła Goethego jako podzwonne dla całej formacji dziejowej: „Goethe się nie przebudzi. I nie napisze już wierszy”[4]. Huelle wyabstrahowuje Goethego z sytuacji stricte osobistej, odwołując się głównie do jego podążania „[…] do kresu wszelkiej sztuki”[5]. Jednocześnie sam Huelle w swej twórczości usiłuje być również wierny temu nakazowi, nie bacząc na związane z nim ryzyko. Z kolei Jastrun widzi w Goethem przede wszystkim tego, który zdołał swym geniuszem wysublimować pierwiastek faustyczny:


W szczęściu istnienia, co się nagle budzi

Przez ruch i ciągłą zmianę krajobrazu,

I tylko widok mijanego głazu

Jest porównaniem do śmiertelnych ludzi.

 

Ludzi śmiertelnych wabi blask istnienia

Na łąki wirujące w słońca pyłach;

Przywoływałeś tu duchy Szekspira

W powietrze zmierzchu i w dom pełen cienia[6].


Popularnością tak wielką jak kiedyś niestety nie cieszy się już w Polsce Heinrich Heine. Ostatnie poetyckie ślady po tym pisarzu, tak często obecne przez cały wiek XIX, obecne są właściwie jedynie w wierszach „Ogień” i „Grób Heinego” Włodzimierza Słobodnika. Glos tego ostatniego brzmi zresztą jak swoiste rozstanie z Heinem:


Nie byłem na grobie Heinego,

Ale duch mój był na jego grobie.

Że nigdzie nie ma pomnika,

wzniosłem mu pomnik z pamięci

i z bezsennych nocy,

podczas których czytałem jego wiersze[7].


Paradoksalnie, Heine skazany jest teraz w Polsce chyba jedynie na „pomnik z pamięci”, natomiast nie widać szans na wzrost zainteresowania się nim wśród twórców i czytelników. Nawiązaniem do słynnego cyklu jego wierszy jest jeszcze utwór „Deutschland. Ein Wintermärchen” Wiktora Woroszylskiego, którego należałoby jednak zaliczyć do przedstawicieli starej szkoły nie tylko pisarstwa, ale i wykształcenia humanistycznego, zorientowanego raczej w stronę antyku i klasycznej literatury Europy kontynentalnej. Młodsi wiekiem pisarze preferują już zdecydowanie literaturę anglosaską, stąd poezja np. Franka O`Hary staje się dla nich częstokroć czymś w rodzaju O`Harystii. Na szczęście wielkiego orędownika zyskał Heine w okresie powojennym w swym wybitnym tłumaczu na język polski, jakim jest Robert Stiller.

Z innych niemieckich pisarzy w nowszej poezji polskiej pojawiają się sporadycznie: Friedrich Schiller (Eugeniusz Wachowiak), Heinrich von Kleist (Stanisław Stabro), Novalis (Krzysztof Karasek), E. T. A. Hoffmann (Andrzej Dorobek), Tomasz Mann (Wisława Szymborska i Włodzimierz Słobodnik), Johannes Bobrowski (Erwin Kruk), Gottfried Benn (Karasek), Paul Celan (Krynicki) i W. G. Sebald (Zagajewski, Krynicki).

Natomiast muzyka niemieckich kompozytorów nie inspiruje już współczesnych autorów polskich na tyle, by mogły powstać na ten temat choćby poematy w rodzaju „Grób Beethovena” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego z roku 1953. Tradycję te zdają się podtrzymywać jednakże w równej mierze Bolesław Taborski, Stanisław Barańczak i Adam Zagajewski w formie nowoczesnych Schubertiad, przy czym Taborski swą miłość do wiedeńskiego kompozytora wyraził w wierszach „Schubert” oraz „Müllerlieder”, Barańczak w cyklu „Podróż zimowa. Wiersze do muzyki Franza Schuberta”, a Zagajewski w przejmującym utworze „Siedemnastoletni”:


Franz Schubert, siedemnastoletni,

siedemnastoletni wyrostek, pisze

muzykę do skargi Gretchen, rówieśnicy.

„Meine Ruh ist hin, mein Herz ist schwer”.

Wielki łowca talentów, śmierć, natychmiast

zwraca na niego życzliwa uwagę.

Wysyła zaproszenia, jedno po drugim.

Jedno. Po. Drugim […][8].


Stosunkowo obficie występuje natomiast u poetów polskich odwołanie do filozofii niemieckiej, być może zresztą dlatego, że odbyło się to niejako przy okazji kolejnej próby zgłębienia korzeni niemieckiej odmiany faszyzmu. Takie asocjacje miał prawdopodobnie Zagajewski, gdy pisał wiersz „Schopenhauer płacze”, a być może także Peter Piotr Lachmann, gdy tworzył dłuższy poemat „Trumna Heideggera”. Wymieniony w tytule filozof, jakże kontrowersyjny z punktu widzenia oportunistycznej postawy względem nazizmu, stał się również tytułowym bohaterem późnego wiersza Jastruna („Martin Heidegger”). Ten polski poeta zadał tam niemieckiemu myślicielowi nader niewygodne pytanie: „Ale kto jest ten/ który zasiadł do stołu z barbarzyńskimi Gotami/ który wyrzekł się mistrza dla czasów pogardy/ nie będąc Pawłem odwracając czas Szawła […]”[9].

Galerię, ukazującą licznych niemieckich luminarzy, Kaczmarski zamyka w swym zaskakującym dla Polaków, wychowanych najczęściej w tradycji katolicyzmu, uznaniu zasług religijnego reformatora dla odnowy Kościoła, powstałym w roku 1991 wierszu „Marcin Luter”. Jego ton, nieco obrazoburczy, ale świadczący o niezwykłej głębi przeżycia religijnego autora, zadziwia swą ekspresją:


Słowa palą, więc pali się słowa:

Nikt o treści popiołów nie pyta.

Ale moja ze Stwórcą rozmowa

Jak Syn Jego – do drzewa przybita!

Niech się gorszy prałacia elita,

Niech się w mękach świat tworzy od nowa!

Lecz nich czyta, kto umie,

Niech nauczy się czytać!

Niech powraca – do Słowa![10]


O ile poeci dziewiętnastowieczni z upodobaniem sławili uroki niemieckiego krajobrazu, szczególnie zachwycając się przy tym urokiem Renu, o tyle współcześni autorzy sporadycznie dopatrują się urody w niemieckiej przyrodzie i architekturze wsi i miast. Ren pojawia się nie jako topos, lecz jedynie jako niewyraźne tło do pewnych rozważań czy impresji. Tak jest w wierszu „Katedra Kolonia” Piotra Roguskiego, gdzie rzeka jest jedynie punktem odniesienia w topografii miasta: „katedra Kolonia/ zbiega nad Ren/ uliczka Am Hof”[11]. Ren staje się więc zaledwie kulisą dla pewnego zdarzenia, utrwalonego w kilku wersach. Brak jakiegokolwiek odwołania do mitycznej dla Niemców rzeki dostrzec można ponadto w strofach Piotra Piaszczyńskiego, również swą biografią związanego z Kolonią. Dalekie odgłosy mitologii nadreńskiej pobrzmiewają natomiast w utworze Jacka B. Grunwalda „Na Marszałkowskiej w Boppard”: „[…] pod przysadzistym mostem/ poranne córy Renu/ już pracowicie wiosłują”[12]. Położona tuż nad Renem katedra w Kolonii stała się za to głównym motywem jednego z ‘niemieckich’ wierszy Mieczysława Jastruna. Setna rocznica ukończenia budowy tej świątyni, przypadająca w roku 1980, wywołała w sędziwym już wtedy poecie obrazy martyrologii Żydów i przedstawicieli innych narodowości w podbitej przez Hitlera Europie:


Wystrzelona płomieniem w niebo

skamieniała w cierpienie milionów

ludzi uduszonych gazem

ludzi przeszytych kulami

zapisana w mowie zatrutych liter

zaklętej w przekleństwa konających

w innym mieście w innej katedrze […][13].


W prezentowanych w antologii Roguskiego wierszach więcej jest natomiast nawiązań do niemieckich miast, szczególnie tych z historycznym lub literackim rodowodem. Jeśli pojawi się Tybinga, to z pewnością również Friedrich Hölderlin, jeśli Berlin, to niewątpliwie będzie mowa o takich pisarzach jak Heinrich Kleist i Alfred Döblin. Natomiast Düsseldorf bez wątpienia ewokować musi skojarzenia z postacią Heinricha Heinego, tak jak Weimar z osobami Goethego lub Schillera, a Lubeka Tomasza Manna. Niewiele dowiemy się natomiast o samej specyfice tych miast, ponad asocjacje z nazwiskami wielkich literatów. „Berlin” Świetlickiego i „berlin” Krzysztofa Niewrzędy zdają się przedstawiać miejsca odrealnione i w pewnym sensie pozbawione differantia germanica, co zresztą nadaje im więcej uniwersalizmu. Z kolei silne odwołania do niemieckiej historii widoczne są w wierszach berlińskich Antoniego Pawlaka i Kazimierza Brakonieckiego. W utworze „Cicha noc nad Berlinem” Pawlak przedstawił reminiscencję z pewnej restauracji przy Alt-Moabit-Straße, gdzie rozochocony świąteczną atmosferą weteran drugiej wojny światowej ubolewa nad utraconą młodością, spędzoną w formacji SS. Berlin Brakonieckiego, ukazany w wierszach „Berlin Biberkopfplatz” (1999) i „Szkice (wschodnio)berlińskie. 13 VIII 2001”, staje się asumptem do rozliczeń nie tylko z nazistowską, ale także komunistyczną przeszłością Niemiec. Mimo ugruntowanych znajomości z wieloma mieszkańcami tego miasta i wielokrotnie powtórzonej za Johnem F. Kennedym deklaracji „Jestem berlińczykiem” Brakoniecki nie odczuwa empatii do Niemców, równie nocno doświadczonych wojennymi i powojennymi katastrofami najróżniejszej natury. Jednak mimo to, właśnie on, zresztą jak rzadko ktoś inny, wykazuje szczególną predylekcję do niemieckiej sztuki i literatury, aczkolwiek z pełną świadomością stroni od czerpania twórczych inspiracji z dziedzictwa tego kręgu kulturowego.

Z kolei wielkie wrażenie na Krzysztofie Karasku zrobił słynny cmentarz w centrum Berlina, miejsce pochówku doczesnych szczątków wielu znanych Niemców (m.in. Hegla, Fichtego, Brechta i Heinricha Manna). Znalazło to odbicie w jego utworze „Chausseestraße 126” z roku 1996, gdzie refleksja nad przemijaniem łączy się z wiarą w imponderabilia, wspólne dla wszystkich obywateli świata: „[…] tam, gdzie są miasta,/ muszą być i miasta umarłych. Ich obecność/ dostarcza pociechy i unaocznia, że teraz/ nie jest złudzeniem, ale cząstką wielkiego wszystko […]”[14].

Mocno osadzonym w literackiej tradycji Niemiec zdaje się być Eugeniusz Kasjanowicz, któremu w wierszu „Jesień w Wiesbaden” znakomicie udało się ożywić atmosferę niemieckiego klasycyzmu i romantyzmu bez automatycznego niemal konfrontowania tego wątku z nieodległą, nazistowską przeszłością. W ten sposób jego tekst zyskuje wymiar bardziej uniwersalny, zwłaszcza wtedy, gdy pisze: „Nad Renem/ w odcieniu chmur deszczowych/ dwoje młodych ludzi/ siedzących na ławce/ chciało ocalić chwilę”[15]. Jest to jednak przykład odosobnionego podejścia do tematu w gronie omawianych poetów.

Sui generis koncyliacyjny tenor przebija niewątpliwie z poetyckich wypowiedzi Zdzisława Morawskiego zatytułowanych „Łąka nad Odrą”, „Odrą pisane” i „Zaproszenie do Lothara z Landsberga”. Być może dzieje się tak z tej przyczyny, że z przywoływanymi tam z imienia literackimi rozmówcami łączy go wspólnota losów człowieka wypędzonego, wyrwanego siłą z przynależnego mu wcześniej miejsca na ziemi. Toteż ostatni z wymienionych wierszy autor kończy słowami:


Zapraszam cię tedy pod żywopłot z głogu

Pogwarzymy zdrowo – aż po skurcze krtani

I zapytamy: – Czyją ojczyzna jest dziś dom wśród maków

Jak słowo Heimat brzmi dziś w Europie?[16]


Podobną gotowość do dialogu ponad podziałami zgłaszają też inni poeci, od lat żyjący na styku polskości z niemieckością lub też ci, którzy wskutek emigracji na dłużej lub na stałe osiedli w Niemczech. Korzystając z terminu, wprowadzonego przez literaturoznawców w odniesieniu do twórczości austriackiego pisarza Petera Handkego, można by takie status quo określić jako juxtaposition. Do pierwszej grupy zaliczyć można takie postaci jak Peter Piotr Lachmann, Erwin Kruk, Kazimierz Brakoniecki, Zbigniew Chojnowski, Alicja Bykowska-Salczyńska, Mirosław Słapik, Wojciech Marek Darski, Artur Daniel Liskowacki, Wojciech Kass i Antoni Pawlak, natomiast do drugiej Andrzeja Słomianowskiego, Piotra Roguskiego, Piotra Piaszczyńskiego, Dariusza Muszera i Jacka B. Grunwalda.

Ci pierwsi albo próbowali oswoić się z nieznaną wcześniej, często niechcianą niemieckością. Symptomatyczny dla takiej postawy jest wiersz Liskowackiego „Kalt – Warm”: „pierwsze słowa/ nie mojego języka/ poznałem we własnym domu// odkryłem je/ przy żebrach kaloryfera/ na gałce której nie mogłem jeszcze/ objąć dłonią/ ani pamięcią”[17]. Niekiedy zmuszeni byli swą niemieckość kamuflować lub całkowicie wypierać, jak w przypadku ikonicznego wręcz Mazura – Erwina Kruka, wspominającego swoje narodziny w utworze „Dodatek do życiorysu”: „To było dawno, przed półwieczem./ Wieś nazywała się jeszcze Gutfeld./ Ale ta wiedza nie była na moją pamięć.// Moje kłopoty z istnieniem/ miały dopiero się zacząć,/ Gdy Gutfeld umierał/ I gdy to, co po nim zostało,/ nazwano Dobrzyniem […]”[18]. Konfrontacja z zastanym dziedzictwem nie zawsze oznaczała gotowość do puszczenia w niepamięć dawnych zaszłości, wręcz przeciwnie, często inspirowała do wyrzucenia z siebie całych pokładów idiosynkrazji, jak chociażby w wierszu „Willi” Wojciecha Kassa:


Z opowieści matki o dwóch Niemkach:

– Twarze miały szlachetne. W oczach lęk. W ich ruchach cień dobrych manier, tej kindersztuby z dawnej epoki. Ubrane na czarno, właściwie były to łachmany, przemykały bocznymi uliczkami. Unikały wzroku zwycięzców. Splunięć trudno było im uniknąć. Na ich chustach zwisających z chudych ramion schły po flegmie. Tak wyglądał odwet[19].


Twórcy, przebywający z własnej woli przez kilka dziesięcioleci w RFN, najczęściej usiłowali zasymilować się z tamtejszą kulturę i obyczajowość, co częstokroć okazywało się trudem daremnym, z góry skazanym na niepowodzenie, jak w przypadku Piaszczyńskiego, z taką goryczą rekapitulującego swe sześcioletnie doświadczenia emigracyjne w utworze „Mieszkanie”:


            Na zewnątrz jestem martwy. To trup mój blady

            wychodzi załatwić sprawunki i sprawy.

            Wciąż lękam się: tłumu, policji, urzędów.

            W mieście znam parę ulic, na migi język,

            Czarną magią są dla mnie tutejsze kodeksy[20].


Niełatwa sztuka odnalezienia się w niemieckich realiach najwyraźniej powiodła się natomiast Dariuszowi Muszerowi, i to chyba tylko dlatego, że nie traktował on konfrontacyjnej postawy obu stron, Polaków i Niemców, nadzwyczaj poważnie, lecz próbował nieco surrealistycznym dowcipem, a niekiedy także sporą dosadnością, rozbroić punkty zapalne, jakie niewątpliwie towarzyszyły mu się w okresie wrastania w niemiecki biotop. Najdobitniej świadczy o takim podejściu jego nieco prześmiewcza historia przestawiona w utworze „Odszkodowanie”. Jednocześnie Muszer zachował sporą dozę odrębności i suwerenności jako Polak i obywatel świata.

Istnieje kilka antologii współczesnej poezji niemieckojęzycznej, poświęconej tematyce polskiej, jak choćby wybory dokonane przez Elfi Hartenstein oraz Herberta Grasnicka. Porównując zawarty w nich wizerunek Polaków, polskości, polskiego krajobrazu etc. można dojść do wniosku, że autorzy niemieccy z większą wyrozumiałością, a niekiedy także z miłością, podeszli do podejmowanej przez siebie tematyki, niż uczynili to poeci polscy. Przyczyn takiego stanu rzeczy można dopatrywać się w tym, iż ci pierwsi uczynili to w swoistym, niedającym się uniknąć, akcie ekspiacji za tragiczne czyny części własnego społeczeństwa w okresie nazizmu. Z drugiej jednak strony wykazywali oni przy tym częstokroć prawdziwe zainteresowanie sprawami polskimi, zwłaszcza współczesnymi, czemu towarzyszyła po prostu dobra wola, pozbawiona wszelkiego protekcjonalizmu. O ile w przypadku pisarzy z NRD tak przychylna postawa mogła jeszcze budzić pewne wątpliwości z uwagi na odgórnie deklarowaną przyjaźń miedzy tym krajem a PRL, o tyle w przypadku autorów zachodnioniemieckich, cieszących się przecież nieskrępowaną swobodą twórczą, ciekawość motywów dotyczących Polski była najpewniej rzeczą autentyczną. Choć i tu niejednokrotnie sięganie po nie wynikało z silnej więzi uczuciowej z miejscem urodzenia, jak w przypadku takich twórców jak Horst Bienek, Monika Taubitz czy Heinz Winfried Sabais. Na swoisty paradoks zakrawa więc fakt, że to Niemcy z większym optymizmem spoglądają na stosunki polsko-niemieckie niż Polacy. Być może jednak jest to jedynie skutek takiego, a nie innego historycznego uwarunkowania, w wyniku którego Niemcy odczuwają w większym stopniu predestynację do kierowania się imperatywem budowania przyjaznych relacji pomiędzy zwaśnionymi niegdyś sąsiadami, niż zwykli czynić to ze swej strony Polacy. Za przykład celności takiej ekspiacyjnej postawy niech posłuży finałowa zwrotka wiersza „An meine polnischen Freunde”(Do moich polskich przyjaciół) wybitnej poetki Evy Strittmatter:


Verzeiht mir, Freunde, diese Liebe

und dass ich euer Land umfasse,

als wenn ich eine Sprache schriebe,

die nie verfallen war eurem Hasse…[21]


Interesującym faktem jest, że autorzy wschodnioniemieckiej antologii liryki o Polsce ten sam utwór wyeksponowali w formie swoistego manifestu, umieszczając go na jej wstępie, wbrew porządkowi chronologicznemu tam zastosowanemu[22].



[1] Piotr Roguski, „Do przyjaciela wroga. Niemcy w poezji polskiej”, Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 2011, s. 242.

[2] Tamże, s. 310.

[3] Tamże, s. 311.

[4] Tamże, s. 221.

[5] Tamże, s. 308.

[6] Tamże, s. 206.

[7] Tamże, s. 199.

[8] Tamże, s. 285.

[9] Tamże, s. 208.

[10] Tamże, s. 311.

[11] Tamże, s. 284.

[12] Tamże, s. 292.

[13] Tamże, s. 208.

[14] Tamże, s. 273.

[15] Tamże, s. 302.

[16] Tamże, s. 246.

[17] Tamże, s. 306.

[18] Tamże, s. 276.

[19] Tamże, s. 318.

[20]Tamże, s. 304.

[21]„Deutsche Gedichte über Polen”, Elfi Hartenstein [hrsg.], Suhrkamp Verlag, Frankfurt am Main, 1994, s. 178. Strofa ta w moim przekładzie brzmi:

Wybaczcie mi, o przyjaciele,

że chcę kraj wasz mocno przytulić,

choć wiem, że przecież tak wiele

musiało nas kiedyś poróżnić…

[22] „Zwei Ufer hat der Strom. Deutsch-polnische Beziehungen im Spiegel deutschsprachiger Dichtung aus 150 Jahren“, Ulrich Grasnick [hrsg.], Verlag der Nation, Berlin 1988, s. 5-6.

Antykwariat - tania książka
Thomas H. Barczyk

Schreiben Sie uns Ihre Meinung!

Wir haben ein offenes Ohr

für Anregungen, Lob und natürlich auch Kritik.

Schreiben Sie uns, was Ihnen an Kulturmagazin Zarys gefällt und was wir in Zukunft noch besser machen können.


Napisz do nas i podziel się z nami swoją opinią o naszym piśmie.

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Magazyn Kulturalny Zarys - Kulturmagazin Zarys