Grzegorz Supady

 

Wkład Janusza Szpotańskiego w rozwój polskiej germanistyki

 

Nie jest łatwo przedstawić twórczą sylwetkę pisarza, który pozostawił po sobie zaledwie garść poematów, wierszy i przekładów w kontekście spraw polsko-niemieckich. Szpotański nie jest też powszechnie czytanym autorem, choć literackie efekty, jakie wyszły spod jego ciętego pióra, mogłyby wprawić w zdziwienie niejednego współczesnego wyrobnika, któremu patronują skrzydła Pegaza. Przemilczanie tej postaci związane jest być może z dwoma faktami: po pierwsze, jego utwory były nieodłącznie związane z epoką, w której powstawały, skutkiem czego niejednokrotnie nie są już w opinii młodego odbiorcy w pełni czytelne. Po wtóre, Szpotański słynął z języka, którego dosadność i nadreprezentacja odwołań do asocjacji erotycznych, może być niechętnie widziana w tak zwanej sferze publicznej. Warto jednak zauważyć, że słynący z nieprzebierania w środkach język współczesnej debaty publicznej wydaje się być bardziej akceptowalny niż niejeden ustęp jego satyrycznych utworów. Decyduje to o tym, że właśnie taka właściwość sytuuje ich autora gdzieś pomiędzy Tuwimem a, toutes proportions gardees, Arturem Andrusem. Z Tuwimem łączy Szpotańskiego chociażby głębokie zaangażowanie w kwestie polityczne, natomiast z Andrusem jakże rzadka w Polsce autoironia. Wszyscy wymienieni naraz odznaczają się natomiast jeszcze jedną wybitną cechą, jaką jest niezwykła wprawa w lapidarnym ujmowaniu zjawisk otaczającego nas świata w zgrabne, dosadne i jakże celne wersy.

            Jak wiadomo, w latach sześćdziesiątych Szpotański uchodził za osobistego wroga towarzysza Władysława Gomułki. Głównym powodem abominacji względem Szpotańskiego tego budzącego postrach partyjnego funkcjonariusza, sprawującego wtedy w Polsce nie tylko formalne rządy, a także rząd dusz, była otwarcie deklarowana przez tego ostatniego krytyka systemu sprawowania władzy w kraju. Gomułka odpłacił się za to nie tylko bezwzględnym atakiem na pisarza, lecz także przyczynił do jego aresztowania i skazania na trzy lata więzienia. Na podstawie ogólnych danych biograficznych można wnioskować, że ostrość nienawistnej polityki Gomułki w stosunku do jego adwersarza mogła również wynikać z faktu, że Szpotański był członkiem protestanckiej społeczności w Polsce, co w okresie szczególnie zażartej konfrontacji polsko-niemieckiej, tak typowej dla retoryki zimnej wojny, mogło mieć niepoślednie znaczenie. Protestantyzm łączono wówczas nieomal automatycznie z niemieckością. Bez głębszego wglądu w osobiste akta pisarza trudno jest dociec, na ile takie supozycje były uzasadnione. Niemniej jednak trudno nie dostrzec szczególnego zainteresowania Szpotańskiego literaturą niemiecką. Jego skromna pod względem ilościowym, ale bogata jakościowo spuścizna, zawiera mianowicie kilkanaście przekładów z literatury niemieckiej (Goethe, Schiller, Hölderlin, Heine, Rilke, Trakl, Benn, Brecht), a ponadto wiersz w języku niemieckim („Das Jewdochas Lied”), będący jego osobistym dokonaniem translatorskim. Należy przypuszczać, że takie, a nie inne upodobania pisarskie, wynikały z jakiegoś głębszego zakorzenienia prześmiewczego poety w kulturze niemieckiej. Sam autor był jednak powściągliwy w dokonywaniu jakiejś autolustracji, i przedstawił żądnego drzewa genealogicznego, co zdaje się być zrozumiałym w obliczu wielowiekowych zaszłości pomiędzy narodem polskim i niemieckim. Dlatego też mało precyzyjne sformułowanie na okładce jego „Zebranych utworów poetyckich” dotyczące wykształcenia („filolog”) pozwala jedynie na snucie domysłów, że w mogło w tym przypadku chodzić o studia germanistyczne. Zazwyczaj bowiem enigmatycznie zredukowane pojęcie filolog doprasza się o jakieś rozwinięcie. Jedynie w przypadku filologii rosyjskiej, bądź też ewentualnie, jak to miało miejsce tutaj – germańskiej, chodziło o swoisty kamuflaż. Publiczne przyznawanie się właśnie do tych specjalności nie zawsze było i jest w Polsce mile widziane.

            We wstępie do wymienionego powyżej książki Szpotańskiego umieszczony został przeprowadzony z nim samym wywiad, przeprowadzony przez niejakiego Salezego Eckermanna. Bez trudu daje się w tej wyimaginowanej postaci dostrzec nawiązanie do słynnych rozmów, prowadzonych przez Goethego i jego osobistego sekretarza J. P. Eckermanna. Zabieg ten nie jest nacechowany jakąś megalomanią, lecz jedynie odzwierciedla głębokie osadzenie Szpotańskiego w tradycji literatury niemieckiej. Prawdopodobnym zdaje się jego znajomość tych rozmów już choćby dzięki dokonanemu u progu lat sześćdziesiątych spolszczeniu ich autorstwa Krzysztofa Radziwiłła i Janiny Zelter. Niewykluczone wszakże, że rozmowy te znane mu były już wcześniej, a co za tym idzie być może również często czytane w oryginale. Znajomość niemczyzny znajduje potwierdzenie we wspomnianym wywiadzie z samym sobą:

Gust miałem w gruncie rzeczy banalny. Szalenie imponował mi, na przykład, Goethe, głównie Faustem jako takim niesłychanie śmiałym i kolosalnym zamierzeniem intelektualnym. Czytałem go w oryginale, toteż miałem przy okazji sposobność stwierdzić, iż polski czytelnik nie zna w istocie tego dzieła, bo polskie przekłady są zupełnie idiotyczne, w najmniejszej mierze nie oddają bogactwa i głębi utworu. Co dale? No, oczywiście, Szekspir, którego notabene również podczytywałem w doskonałych przekładach Schlegla, a w bliższych naszym czasom autorów rozczytywałem się w Mannie; wielkie wrażenie wywarł na mnie Kafka, zachwycał mnie także Canetti i Musil[1].

Zapytany o dalsze preferencje w dziedzinie literatury Szpot zauważył: „Jeśli chodzi o poetów, to w dalszym ciągu będą to głównie autorzy niemieckojęzyczni: Heine, Rilke, Trakl, Benn, Heym”[2]. Takie ulokowanie własnych zainteresowań, przyznające pierwszeństwo pisarzom niemieckiego kręgu językowego w Polsce, gdzie zazwyczaj głównie rozczytywano się w dziełach pisarzy francuskojęzycznych, anglosaskich, czy rosyjskich, potwierdza diagnozę o jego ściślejszych związkach z Niemcami. Uwiadomienie sobie wielkości pisarstwa wspomnianych autorów zadecydowało o jego wyborze drogi życiowej: „Wielbiąc Goethego, Manna, Kafkę, nie mogłem myśleć o sobie poważnie jako o potencjalnym pisarzu”[3]. Ta opinia Szpotańskiego może nieco trącić kokieterią, ale w dalszej części wywodu prezentuje się on jako przedstawiciel cechu satyryków, jako ktoś w rodzaju dawnych komediantów z czasów Moliera, kiedy profesji tej odmawiano wszelkiej rangi artystycznej.

            W omawianym wywiadzie pada jeszcze jedna kwestia, pozwalająca zrozumieć stosunek Szpotańskiego do Niemców jako do nacji: „Do katastrofy [spowodowanej zbytnim natężeniem prądów racjonalistycznych – G. S] doszło u podatnych na szaleństwo Kacapów (którzy zresztą zawsze znajdowali się w stanie katastrofalnym) oraz u przerafinowanych Niemców, u których z kolei pomieszanie zmysłów trwało stosunkowo krótko (12) lat”[4]. Jest to bardzo ważna konstatacja, bliska historiografii, socjologii i innym dziedzinom nauki niemieckiej, zakładająca właśnie takie postrzeganie własnych dziejów, gdy tymczasem w Polsce, a także w innych krajach, przez dłuższy czas dominował paradygmat o nieuchronności wydania zgniłego owocu przez hegemonistyczny, nacjonalistyczny, militarystyczny twór, jakim były przez wieki państwa niemieckie, w tym głównie Prusy. Tym samym Szpotański na własny użytek dokonał sui generis absolucji wszystkich Niemców. Prawdopodobnie potrzebne mu to było do znalezienia akceptacji nie tylko dla własnych koneksji (rodzinnych?), jak i wyboru takiego, a nie innego punktu odniesienia dla własnych zainteresowań, które ukształtowały jego wrażliwość estetyczną i literacką. Przywodzi to na myśl pewne wątki z biografii piosenkarki Anny German, spopularyzowane przez serial telewizyjny. W jednym z odcinków tej produkcji przedstawione zostały losy matki artystki, Irmy, będącej z zawodu nauczycielką języka niemieckiego. Po zesłaniu do Uzbekistanu nadal wykonywała ona tam swój zawód aż do momentu agresji Niemiec hitlerowskich na Związek Radziecki. Wtedy, jako osoba kojarzona z duchem, nomen omen germańskim, stała się z dnia na dzień persona non grata. Na ostatniej lekcji języka niemieckiego, poprowadzonej przez siebie, usiłowała jeszcze bronić się przed atakami jednego z uczniów, zarzucającego jej przynależność do narodu zbrodniarzy. Czyniła to, powołując się na wielkość i siłę oddziaływania literatury niemieckiej. W swej desperacji wskazywała przy tym na humanitarny pierwiastek w twórczości… Goethego. Fakt ten niewiele pomógł jej jednak i w efekcie zerwanie przez Hitlera paktu Ribbentropp-Mołotow skazało zarówno ją, jak i jej pobratymców na tułaczkę. Z dzisiejszego punktu widzenia charakterystycznym zdaje się być również i to, że tak Szpotańskiego, jak German pochowano na tym samym cmentarzu ewangelicko-augsburskim w Warszawie.

            Głębokie osadzenie w tradycji języka niemieckiego widoczne jest w poematach Szpotańskiego już na pierwszy rzut oka. Pojawiają się w nich inkrustacje, których znaczenie coraz bardziej zaciera się w przenośnym zalewie angielszczyzny. Dla Szpotańskiego niemczyzna była jednak jeszcze uniwersalnym kodem, dzięki któremu mógł on komunikować się z odbiorcami bez wywoływania u nich jedynie kpiarskiego uśmieszku, jak to dzieje się coraz częściej współcześnie, kiedy to całkiem spontanicznie czy też w pełni świadomie dokonany wtręt niemieckojęzyczny skutecznie i bezkarnie zastępuje uznane za niepoprawne politycznie żydłaczenie, w czym gustują kabarety lansowane przez telewizję publiczną.

            Na oddzielną uwagę zasługują próby przekładów poetyckich Szpotańskiego. Ich liczba nie odznacza się obfitością, ale ich jakość zasługuje na duży szacunek nie tylko specjalistów od translatoryki, lecz również najzwyklejszego czytelnika. Listę tę otwiera słynny monolog z pierwszej części „Fausta”, o którym Szpotański wyraża się w następujący sposób:

Szalenie imponował mi, na przykład, Goethe, głównie Faustem jako takim niesłychanie śmiałym i kolosalnym zamierzeniem intelektualnym. Czytałem go w oryginale, toteż miałem przy okazji sposobność stwierdzić, iż polski czytelnik nie zna w istocie tego dzieła, bo polskie przekłady są zupełnie idiotyczne, w najmniejszej mierze nie oddają bogactwa i głębi tego utworu[5].

Twierdzenie powyższe zawiera niewątpliwie elementy pewnej przesady, gdyż choćby przekład Artura Sandauera zasługuje na wielkie uznanie. Niemniej jednak już po opublikowaniu tych słów kilku polskich tłumaczy, w tym Adam Pomorski i Krzysztof Lipiński, musiało wziąć je sobie najwyraźniej mocno do serca, skoro w międzyczasie zdążyli oni dostarczyć całkiem zgrabnych przekładów dramatu Goethego, gdy tymczasem sam Szpotąński ograniczył się w przekładzie tego chlubnego dzieła tylko do jednego z najbardziej znanych jego fragmentów.



[1] „Janusz Szpotański, „Zebrane utwory poetyckie”, PULS, Londyn 1990, s. 7.

[2] Tamże, s., 8.

[3] Tamże, s. 11.

[4] Tamże, s. 11.

[5] Tamże, s. 7.

Antykwariat - tania książka
Thomas H. Barczyk

Schreiben Sie uns Ihre Meinung!

Wir haben ein offenes Ohr

für Anregungen, Lob und natürlich auch Kritik.

Schreiben Sie uns, was Ihnen an Kulturmagazin Zarys gefällt und was wir in Zukunft noch besser machen können.


Napisz do nas i podziel się z nami swoją opinią o naszym piśmie.

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Magazyn Kulturalny Zarys - Kulturmagazin Zarys