Jacek Durski

 

Kreacja*

 

 

 

 

 

 

Staję się sam dla siebie celem 
W sercu słyszę bęben Ziemi
Uderza coraz szybciej
Otworzy pierś szeroko
Z tego dzwonu płomień
Buchnął w mózg artysty
Nową myśl zapalił
Uniósł w górę błękit
Rozchylił światło

    Większa swoboda cząstek. Pędzą fale po ścianach pracowni, po lustrach. Dźwięczą w strugach kryształu. Słowo w kuli szklanej. Co noc strzelam sobie w serce. Lecz Pan Bóg łaskaw dla moich resztek. Nie pozwala mi umrzeć. (Zapomniał, że jest Bogiem?). Wczoraj wyzwolił swoją masę i rzucał artystą po całym Uniwersum. Ledwo przeżyłem ogień tych obrazów. Nie pokazał mi jednak nic poza Kosmosem, nie ujawnił Tajemnicy istnienia.
   Zamiast serca, obu krążeń trafiłem własną śmierć, śmiertkę lichą. Za blisko podeszła do prozaika. Mogę pisać dalej, całym skrzydłem, dwoma.
   Biję w zły porządek.
   Gęsto od piór nadłamanych. Fruwają przed twarzą czarno, biało. Opisuję czytelnikom mechanizm nieba, piekła. Karuzelę Dobrego i Złego. W środku autor, narrator i bohater powieści. Ja. Dlaczego gniję w centrum? Ponieważ nie kocham od lat kobiety. Nie czując tej miłości, kocham tylko w sobie… Co kocham? Pisarstwo? Pracę nad interakcją wielu sztuk, badań nad zderzeniami różnego artyzmu? To za mało do przeżywania.
   Zabita śmierć. Jak przejdę do Tajemnicy?
   Na stronach A4 zapisany akt matki z penisami Eisenów. Potrzaskane przez diabła rzeźby-mobile straszą na kawaletach. Lęk z lękiem kruszy dłoń piszącemu. Pełno kleksów. Wystają słowa ze śródręcza. Kość poematu.
   Znowu czegoś nie przekroczyłem. Krawędź sztuki za wysoko. Przesypał się przez palce anioł Kurylakowej. (Dostałem od niej na urodziny. Z aniołem będę młodszy, powtarzam przed lustrem). Zapadło biurko, otwarty grób. Przepadł wiersz. Będę musiał strzelić w siebie zwykłą kulą. Chyba, że zagracie ze mną na strunie Wszechświata. Przez ten moment punktu na linii, kontrapunktu. Tak polifonicznie. Pragnę dzisiaj Spotkania.
   Ludzi ukształtowanych przez blask
   Oddychających nauką i sztuką
   Z wiarą po przejściu ognia
   Z ideami kreacji
   W koronach czaszek płonących
   Ja kreator. Ciężar boski. Niebieskość w lustrze. Nadmiar ducha pląsa wśród kawaletów. Przysiadł na biurku błękit, obok czerń. Strzelam w Durskiego jego życiem. W stary splot bez słońca. Sześćdziesiąt dziewięć kryształowych kul. Tyle lat przeżyłem bez zdrowia, bez radości, z wielością talentów, wycinając z sedesu białą różę.
   Na moment przestałem myśleć. Nic nie ma. Tylko Bóg, mój Bóg. Nieustępliwa Bliskość. Potrąciłem kawalet i gwiazdy zgasły. Skurcz w każdej tkance. Ziewam po chwili jak zwierzę. Brak tlenu. Tylko w mózgu pełga niebieski cień gęsty od lęków, granat kobaltowy i białe widmo nieskończonej powieści. Płoną czarno w akapitach bohaterzy Okna. Najpierw matka w nocnym fotelu. Prostuję jej płomień z sadzy. Pali się też Eisen. On, wyjąc na czworakach. (Znowuż go uśmierciłem na ulicy Czystej 12/13 w Sosnowcu). Opryskał dywan ściętą krwią, skwarkami mięsa. Smród złego w pracowni. Jedynie ojciec bez ognia, wśród liczb, wymiotuje, klaszcząc przy zmarłych służących. Chcą coś powiedzieć, opluć ziemską Tablicę Wartości.
   Co to jest? Ten przymus zabijania trudny, ale przyjemny? To przechodzenie granicy śmierci w innym człowieku? To żegnanie go z niebieskością, a siebie z aurą błękitu?
   Pozostać w grzechu wyjątkowym.
   – Lepiej pomyśl! Początek Boga w Twojej przestrzeni! – zakrzyczał Anioł Stróż. – Ukaż się Durskiemu! – wrzasnął z luster. – Wyjdź z martwoty drewna, marmurów. Stań obok niego – pokazał mój cień.
   – Wyłaź Boże! – zawołałem. – Zapadły mi w plecy skrzydła. Jestem zwykłym człowiekiem, a chcę latać. Odpowiedz na moje pytanko! Otwieraj wgłębienia. Swój Firmament – komenderuję Panu. – Chcę zmierzyć Twoją przestrzeń. Otchłań Tajemnicy. Sfera w sferze. Nieskończoność sfer dla dobrych ludzi. Dla bardzo dobrych cały Absolut.
   – Zobaczysz Najwyższą Inteligencję – powiedział ktoś w czaszce. Wrośniesz ze strachu w biurko, w jamy mebla, w kształt trumny.
   – Nie pojawi się wasz Iloraz – roześmiał się Anioł-Diabeł. – Twój Bóg najczęściej nieżyczliwy. Wykopał mnie z niebios i wtrącił do piekła, którego nie ma, wbił w Ziemię, której nie ma, i ciągnie wzrokiem przez Kosmos, którego nie ma, który przestał przed chwilą istnieć. Nie otwieraj tak gęby szeroko. Nie masz zębów, więc się nie dziw. Bądź zaskoczony w potylicy tym swoim Bogiem i Jego wielkim dowcipem. Taki jest Twój Bóg, Jego Wysokość, Głębokość. Jego WszechByt. A ty w Nim, bezsilny człowiek. Przedmiot nie do zobaczenia.
   – Nie ma Kosmosu? Zapisz ten żart największy –zaśmiał się ojciec z luster.
Spadają na mnie kartki A4. Czuję wzrok Pański, sznur z Kosmosu dla powieszenia pisarza. Dla mojej szyi. Pakuję w czerep zapisane teksty i obrazy. Prędko. Muszę je zabrać na Gwiazdę M45.
   Znowu pokazał się Anioł-Diabeł. Jego kły w moich wierszach, w płótnie każdym. Nic nie zostało z mojego myślenia. Nie gorszę już nikogo erotyką. Kiedyś polowałem na piękne kobiety, na ich ciała do rysowania. Opisywałem ołówkami cudokształt. Te światła i cienie. A teraz koniec wszystkiego, zastrzelę się wreszcie kryształową kulą. Chyba, że zrobi to Ula z Katowic, obecnie z Dortmundu. Kocha, co napisałem i napiszę. Kocha, kocha, bardzo dzielna. Z przyjemnością mnie uśmierci. Może na ulicy Mariackiej, gdzie się wychowałem wśród zakonnic i prostytutek. Pod Kościołem Najświętszej Marii Panny i w kilku burdelach.
   Za dużo we mnie ducha, umysłu, a jeszcze ciało z jąder. Czeka na kobiety z portalu Randki.pl Pchają na sylwestra mięśnie ud, ale na Wigilię nie zaproszą artysty. W Święta są matkami, babciami, takie bez seksu dla córek i zięciów.
   Zezłościło Boga to udawanie pań, a nawet wkurwiło. Za karę nakazał wszystkim z portali rozdzielić w sobie duchowość od umysłowości. A ja od tego zabijania kochanka matki nie mam duszy. Kiler z brakiem, prozaik. Nie wiem, co robić przed lustrami. Stoję w rozkroku. Z penisa krople żywicy damarowej. Wytrysk spermy utrwala pikturalne wiersze. Po ejakulacji wchodzę w lustro, szukam kolejnej kobiety w randkach internetowych. Jest! Jest, śliczność z Chojnic! Wokół zapach mastyksu. Myślę o rozdzieleniu jej na fizyczność, umysłowość, duchowość. Jednak nie każda kobieta ma całą triadę. Ta nie ma trzech akordów. Pupa bez głowy albo głowa bez pupy. Z niczym się nie rymują. Tylko taki częstochowski bzdęk, bez kopalowych aromatów. 
   Dość już tych pań z Randek.pl z pysznymi kończynami i środkiem radochy. Chyba się powieszę nad którąś. Wybiorę sznur zamiast kuli. Rośnie woń damaru. Pęka lustro, kawałki srebra w moich mięśniach. Czuję rżnięte ciało.
   Zanurzam dłoń w niewidzialnych zdaniach. W garści garść słów. Usypałem trochę do szuflad, a trochę pod dywan. Nic już chyba nie wymyślę. W pokoju same wielokąty, z głowy stożek, słabość zdeformowanych rzeźb.
   Nędza pod czaszką
   Swąd synaps
   Zniknął czarny poemat
   Ojciec matka Eisen
   Czarny wiersz
   Między piekłem a niebem
   Na dziś koniec umysłowości. Chociaż Anioł chuchnął mi w dłonie – nic. Jednak z niczego siła straszna. Powstaje inny poemat, obraz nieba i ziemi. A w nim rzeźby strąconych, spadających Aniołów. Niektóre jeszcze w Górze niebieskiej, bronią się przed zrzuceniem. W czaszce, w mózgu słonym, sterczy skrzydliną poemat.
   Uderzam w porządek świata.
   Czuję protest Widzialnego Uniwersum i Niewidzialnego. A może Tajemnicy? Nie określiłem wysokości poematu, „h” sztuk scenicznych i jak obliczę długość, szerokość mojej duszy? Tylko oddech Aniołów-Diabłów pod poduszką. Zewsząd snuje się czerń. Lecz pójdę w lustro, krwawić od ostrości – tworzyć. W czerni pełno strachu. Nagle kłąb niebieskich cząsteczek pogłaskał mnie po czole.
   Biurko z moich mięśni, w blacie intarsja kością i skórą z całym życiem artysty. A na fotelu mój napletek z paznokciami pań i moja krew z aurą. Ścieka na dywan, rozsnuwa w pokoju słodki zapach, paruje na lustrze.
   Odkrywam garb, kości krzywe, pochylony cień. Ja, demiurg pragnień – kreator śmierci. Zanika postać mistrza.
   Uschło nasienie słów
   Biel kartek
   W kartkach przepaść
   Lęk paniczny okrutną modlitwą
   Zapięciem skroni stała rana
   Gdzie odcisnąć moją kreację? To kamień z ognia.
   W kątach nocy krzesło Durskiego.


*Fragment nowej książki Jacka Durskiego 36 Bytów.

 

Antykwariat - tania książka
Thomas H. Barczyk

Schreiben Sie uns Ihre Meinung!

Wir haben ein offenes Ohr

für Anregungen, Lob und natürlich auch Kritik.

Schreiben Sie uns, was Ihnen an Kulturmagazin Zarys gefällt und was wir in Zukunft noch besser machen können.


Napisz do nas i podziel się z nami swoją opinią o naszym piśmie.

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Magazyn Kulturalny Zarys - Kulturmagazin Zarys