Ks. J. Szymik, Messel 2008

Ks. Jerzy Szymik

Wiersz o Phillies
i cztery inne wiersze

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

www.nationalmechanics.com

                        Follow us on Facebook and Twitter

ulica Kasztanowa krzyżuje się z Trzecią
i dokładnie tu (22 South Third Street)
mieszczą się „Narodowi Mechanicy”,
modna, klubowa knajpka in Old City,
w sercu starej Filadelfii
(pieszczotliwie: Phillies, Philly).

Teraz, w lipcu 2013 roku, mają
otwarte do drugiej w nocy.
Zamawiamy z Andrzejem
sałatkę cesarską, fish and chips, butelkę
piwa Franziskaner, kieliszek wina Malbec
i sparkling water (gazowana).

Jesteśmy głodni i spragnieni,
ale pożeramy głównie postmodernistyczny,
odjechany wystrój lokalu.
I ludzi. Ci są głośni, wyzwoleni, młodzi.
Niewolnicy korpo, po godzinach,
mogą tu wykrzyczeć emocje

i je znieczulić.
Widzę, słyszę, rozumiem
aż nadto dobrze: chodzi o miłość,
jak wszystkim, jak zawsze.
Rozczarowani. Samowystarczalni. Dumni.
To jej szukają,

skracając sukienki i pijąc za dużo.
Ja, mechanik od duszy,
z innego narodu, plemienia i stanu,
współczuję im tej nocy w obu sensach słowa:
czuję tak samo
i odczuwam litość.

I nie chcę w ten sposób

Filadelfia, 22 lipca 2013 r.

 

 

 

Pomarańczowa linia metra w Washington D.C. w godzinach szczytu

starsza kobieta trzyma dłoń młodszej w swojej dłoni,
głaszcze nerwowe, szczupłe palce, drgające plecy.
Może to matka pociesza córkę, która poroniła?
Może to powitanie po długiej rozłące?
Może sobie wybaczyły i nie mogą przestać, ze szczęścia i bólu?
A może nic wielkiego się nie stało i to tylko czułość, młodsza siostra miłości, jej jasny cień,
który nas chłodzi w tym przegrzanym wagoniku: skupionych na swoim, szybkich, rozpalonych.
I koi.
Bo wszyscy tu dotykamy opuszkami palców ekrany tabletów, mruczymy do słuchawek,
oplatamy twarze siatką kabli.

Tylko te dwie
rozmawiają ze sobą tak jak kiedyś rozmawiali ze sobą ludzie.
Zaplatają palce, a młodsza zasypia na ramieniu starszej.

Waszyngton, 15 lipca 2013 r.

 

 

 

Puste boisko do bejzbola w Vienna w północnej Wirginii

latem 2013 roku

wysoka, niekoszona w lipcu trawa,
zeschłe błoto w okolicach baz,
pogięta i pordzewiała siatka ogrodzenia,
drewniane ławki,
pusto

ale wiem jak tu było niedawno,
wiem jak to było,
wiem.
Było jak na szkolnym boisku przy Konopnickiej
w Pszowie, w drugiej połowie lat 60-tych:

kolana zdarte do krwi,
pot zalewający oczy, jego słony smak na popękanych wargach,
kurz, tumany kurzu,
ostre komendy wuefistów (Jaroch, Hibszer, pani Stokłosa),
jęki zawodu, piskliwy doping dziewczyn,
dudniące echo uderzeń piłki,
gorycz porażek, łykanie łez.

O, tamte maje, czerwce, wrześnie!
Gdzie jesteście teraz?
Jaki anioł was strzeże?
Kto odmaluje wasz spłowiały błękit, kiedy Pan powróci?
Bo przecież wrócicie wraz z Nim, prawda?

Cóż bym dał za wasz powrót już teraz:
móc przegrać jedynie mecz,
nic więcej...

*

Ale tu Wirginia, nie Śląsk.
Puste boisko do bejzbola, długo nie koszona trawa.
Drozdy i dzięcioły, sarny wieczorem i o świcie.
Gdzieś w przestworzach dudniące
echo uderzeń piłki

Vienna, Va (WA), 16 lipca 2013 r.

 

 

 

Serenada na smyczki

w walcu z „Serenady na smyczki” Czajkowskiego jest taka chwila
(kilka, kilkanaście taktów?),
że muzyka idzie nagle wysoko, w górę, w niebotyczność,
w niebyt; dławi się sama sobą, własnym pięknem,
odlatuje, niknie i zamiera.

Ale czujemy, że w tej ciszy nadal istnieje jej rytm.
Umiera jedynie ciało: melodia, dźwięk.
Dusza jej żyje.
Potem z tej śmierci wysokiej
muzyka spada na ziemię kaskadą nut.

Jak my w chwilach klęski.
Nieszczęście jest prawdziwym końcem.
A zarazem ze śmiertelnej ciszy
możliwe jest
nowe.

Śpiewają drozdy,
białe obłoki płyną po błękitnym, bezkrwistym niebie,
Benjamin Grosvenor gra Rachmaninowa,
muzyka dociera do swoich granic,
życie zmierza ku śmierci.

Bóg dysponuje niemożliwą,
niewyobrażalną, nieznaną rezerwą.
Wprowadza ją suwerennie,
na własnych warunkach.
Deus providebit.

Gdzieś z chmur, z milczenia
spada deszcz muzyki.
Ankush Kumar Bahl
dyryguje Narodową Orkiestrą Waszyngtońską.
Chce mi się pić i żyć.

Nadstawiam twarz

Wolf Trap, Mc Lean, Virginia, 26 lipca 2013 r.

 

 

 

Matka Dobrej Rady

              „Zróbcie wszystko cokolwiek wam powie” (J 2, 5b)

latem 2013 roku,
siedząc na plastykowym krzesełku w Rosslyn, Virginia, miasteczku-satelicie Washington D.C., w parnym powietrzu pochmurnej niepogody,
jedząc sałatkę, co do której sieć Chop’t
zapewnia, że z GMO nie ma nic wspólnego,
i że nie dosładza i nie barwi,
obserwując jogginów i czarny islam
(ktokolwiek tu rozmawia – z telefonem rozmawia,
ktokolwiek tu milczy – ze słuchawkami w uszach milczy)
i siedząc nad kubkiem macchiato caramel w starbusiu,
rozmawiając z Andrzejem o książkach i Śląsku
pod ścianą lśniących wieżowców w duszną,
słodką sobotę

byłem jedynie tęsknotą, niczym więcej,
tęskniącym, nikim więcej.
A rozmyślając o naszym świecie i o nas,
prosiłem, bezradny, o zmiłowanie,
dla mnie i dla świata.

Niedaleko, w czujnym pogotowiu,
na granicy materii i ducha, i po obu jej stronach,
krzątała się wokół moich myśli i serca
Ona,
Mother of Good Counsel,
Matka Dobrej Rady;
z dobrą radą (Synkiem) na biodrze


Rosslyn, Wirginia, 13 lipca 2013 r,
Vienna, parafia pw. Mother of Good Counsel

Antykwariat - tania książka
Thomas H. Barczyk

Schreiben Sie uns Ihre Meinung!

Wir haben ein offenes Ohr

für Anregungen, Lob und natürlich auch Kritik.

Schreiben Sie uns, was Ihnen an Kulturmagazin Zarys gefällt und was wir in Zukunft noch besser machen können.


Napisz do nas i podziel się z nami swoją opinią o naszym piśmie.

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Magazyn Kulturalny Zarys - Kulturmagazin Zarys