Mariusz Solecki

Wojna zwykłych ludzi

(fragment)

 

            Bohaterowie tej książki nie dokonali niczego, za co wpisują do encyklopedii. Nie byli przywódcami państw, wielkimi wodzami, laureatami Nagrody Nobla ani świętymi. A jednak zasługują na pamięć, na kilka kartek zaczernionych drukiem, skrywającym tajemnicę ich życiorysów poszarpanych przez ostatnią wojnę.

            W biografiach Stefy, Weroniki, Władzi, Wilhelma, Ludwika, Mariana przegląda się wielka historia, o wiele bardziej zrozumiała i bliższa nam niż utrwalona w podręcznikach, bo skrojona na ludzką miarę, na miarę zwykłych ludzi.

 

 

Podolanka

W samą Wielkanoc ’44 przyszli do chaty Mandraków dwaj oficerowie niemieccy; wyższy stopniem kazał Stefie prać. Sprzeciwiła się, tłumacząc: „Dzisiaj Wielkanoc”, a on od razu wyjął pistolet. Dziewczyna postawiła wszystko na jedną kartę. Jeszcze raz odmówiła. Nie strzelił. Jakby się rozmyślił i kazał piec chleb. Rozczyniła mąkę, a tamten nie daje za wygraną – ponarzucał łachów z wszami i każe prać. Wówczas drugi Niemiec, młodszy rangą, odzywa się do Stefy po polsku:

– No trudno, wojna…

– A czy to ja winna, że wojna? Wasza wojna – zripostowała.

– Już nic nie mów – zwraca się do dziewczyny. – Bierz i pierz. Ale najpierw chodź, siadamy, jest Wielkanoc.

Kazał zgotować jajka, wyjął kiełbasę, mięso. Przygotował świąteczne śniadanie. Kiedy zjedli, Stefa usłyszała coś w rodzaju rozgrzeszenia:

– No trudno. To jest starszyzna, każe ci prać, to pierz.

Prała, zachodząc w głowę, kim jest ten mówiący po polsku Niemiec i wyraźnie działający dla jej dobra. To przecież z jego ust usłyszała słowa: „Ty idź do klasztoru, nie zostawaj w domu. Bo sama widzisz, że ten oficer ma na ciebie oko i może coś ci zrobić”.

Rzeczywiście, miłośnik wielkanocnego prania miał za kochankę jakąś Rosjankę, ale widać znudziła mu się, bo wygonił ją. Węszył za nową kobietą. Stefa usunęła się z jego pola widzenia, jak się okazało, że Niemiec będzie kwaterował w jej domu. Schroniła się w klasztorze w Jazłowcu, gdzie znajdowały się na przechowaniu zwierzęta gospodarskie rodziny Mandraków.

Któregoś dnia po wydojeniu krowy dziewczyna wpadła na pomysł, że zaniesie mleko rodzicom. Jak postanowiła, tak zrobiła. Wchodzi z cebrzykiem do domu, a ojciec w progu wita ją słowami: „Czegoś ty przyjechała? Przecież on wariuje tu cały dzień”. Wówczas Emil, Niemiec mówiący po polsku, zerwał z siebie szkaplerz, mówiąc: „Masz. Na ile będę mógł, to cię ochronię, ale już lepiej stąd szybko idź”. Zanim wyszła, wszedł gruby esesman, który wyraźnie miał chrapkę na młodą Polkę. Ta dopadła drugich drzwi (w domu były drzwi na przestrzał) i wyleciała jak poparzona; niesiona na skrzydłach adrenaliny przesadziła wysoki mur parkowy i puściła się pędem do pobliskiego kamieniołomu. Esesman, siarczyście klnąc, wyskoczył na dwór, żądając od ordynansa konia. Koń zatrzymał się przed stromizną kamieniołomu na tyle gwałtownie, że pijany Niemiec wypadł z siodła. Poturbowany esesman otworzył ogień do Stefy, która, nie bacząc na kule, biegła aż do samego klasztoru. Żaden pocisk jej nie drasnął, w czym widzi szczególną opiekę Jazłowieckiej Pani.

 

Dom dzieciństwa

            6 kwietnia 1941 roku dywizje niemieckie przy współudziale wojsk włoskich, bułgarskich i węgierskich zaatakowały Jugosławię, która wkrótce (18 IV) skapitulowała. Królestwo Jugosławii uległo rozpadowi na: Niezależne Państwo Chorwackie i jugosłowiańskie Vichy generała Nedicia. Pozostałe tereny monarchii zostały zaanektowane przez agresorów. Bośnia, a więc i tamtejsza Polonia z powiatu prnjavorskiego, znalazła się w granicach faszystowskiej Chorwacji pod rządami ustaszy Ante Pavelicia. Ludność polska popadła w nie lada tarapaty: „We wsiach i miasteczkach grasowali hitlerowcy, ustasze (…) oraz »trójki« i »piątki« czetników. Szerzyły się grabieże, mordy bratobójcze i terror. Chorwaccy ustasze nienawidzili Polaków jako wrogów Niemców, a czetnicy serbscy, wyznania prawosławnego, (…) nie znosili Polaków jako katolików”[1]. Polscy osadnicy, żeby przeżyć, musieli się bronić. A że jedyną siłą, z którą mogli się sprzymierzyć, byli komuniści marszałka Josipa Broz Tito, przyłączyli się do nich, formując w miejscowości Martince 7 maja 1944 roku 5. Batalion 14. Środkowobośniackiej Brygady Narodowej Armii Wyzwolenia Jugosławii, przemianowany we wrześniu tegoż roku na 3. Batalion.

            Część 3. Batalionu, w którym walczyli wujkowie Wilhelma Józef i Franciszek Grabarzowie[2], przez ponad tydzień stacjonowała w domu Hyjków. Jednego dnia polscy partyzanci dali małemu Wilhelmowi krótki karabin, nazywany przez nich talianką. Pod gęsto owocującą czereśnią postawili stół: „Mój wujek Józek Grabarz na tym stole ustawił karabin, przytrzymał, żeby nie podskakiwał, żeby mnie nie kopnął, bo byłem jeszcze mały, i strzelałem do czereśni”.

            Ojciec Wilhelma nie tylko użyczał kwater polskim partyzantom – dostarczał również im prowiant. Nie było to na rękę czetnikom – serbskim monarchistom walczącym o restytucję królestwa w Jugosławii, a przecież w biało-czerwony sztandar Polskiego Batalionu wkomponowana była czerwona gwiazda – dlatego mężczyzna stale się ukrywał. W nocy nigdy nie sypiał w domu, tylko zawsze w sadzie, żeby w każdej chwili móc uciec. Jesienią ’44 roku, kiedy winogrona leżały w świetlicy tuż przed włożeniem do kadzi fermentacyjnych, czetnicy zaczaili się i złapali Józefa Hyjka wracającego do domu. Połamali mu ręce i nogi, strzelili w głowę – pocisk wyszedł tyłem. Zrobili to na oczach siedmioletniego Wilhelma, ale nie poprzestali na tym. Po zamordowaniu bowiem ojca pobili i uprowadzili matkę chłopca. Następnego dnia rankiem odnalazł ją sąsiad Dymitr Dańko, Ukrainiec, zmaltretowaną, przywiązaną do dębu. Ale żywą. Czetnicy nie darowali również winogronom, które powyrzucali z koszy i rozdeptali, oraz polnej świetlicy, którą zdewastowali. Zdemolowali dom i pasiekę: nie ocalał ani jeden z dwustu osiemdziesięciu uli.

 

 

Biblię czytam po niemiecku

            W domu Wery nie mówiło się o polityce przy dzieciach: „My nigdy nie gadali na temat Hitlera i tego, co on robił”. Mówiło się za to o Żydach: „Bo u nas, w Tempelburg, to bardzo dużo Żydów było. Oni byli bardzo bogaci, mieli swoje sklepy i futra. Moja mama kiedyś pracowała u Żyda, ale jak oni robili te mace, to mama nie poszła do roboty. Oni czasem lubili krew do tego puszczać, dlatego mama nie poszła. Oni człowieka rozcinali kawałek i puszczali jego krew do tych swoich placków” – wspomina z całą powagą ponad siedemdziesięcioletnia kobieta.

            Dodaje na jednym oddechu: „Ja nie wiem, co się z nimi stało, musieli ich chyba wysiedlić, ja nie pamiętam. Ja tylko pamiętam, że mieli bardzo dużo sklepów. Bardzo dużo tych Żydów, można powiedzieć – więcej Żydów było jak Niemców. Oni to w mieście najlepsze kamienice mieli”. Do czasu.

„Ona się kocha w Polakach”

            Ewa, starsza siostra Wery, wyszła za Polaka, który nazywał się Paul Krakow, a wcześniej nosił nazwisko Dąbrowski. To była dramatyczna historia miłosna z nieoczekiwanym happy endem.

            Osiemnastoletnia Ewa pracowała w szpitalu Czerwonego Krzyża, mieszkała poza domem. Paweł był robotnikiem przymusowym, zatrudnionym w warsztacie stolarskim. Dobrze mówił po niemiecku. Zakochani chodzili razem na spacery, do kina (wówczas Paweł ukrywał naszywkę „P” pod klapą marynarki); spotykali się w domu dziewczyny za aprobatą jej matki. W myśl obowiązującego prawa nazistowskiego zakochani popełniali ciężkie przestępstwo, wykraczali bowiem przeciwko tzw. czystości rasowej. W przypadku udowodnienia winy groził najwyższy wymiar kary, wykonywany zawsze na cudzoziemcach, niekiedy i na Niemcach/Niemkach. Karę właściwą poprzedzała ceremonia publicznego pohańbienia par, które tworzyły związki „nieczyste rasowo”. Kochankom, często odzianym w pokutne wory, obcinano włosy do skóry, na szyjach zawieszano im tablice z obelżywymi napisami. Wyśmiewani przez tłum, upokarzani, przeżywali ze sobą ostatnie chwile. Ciemny rytuał publicznego napiętnowania kochanków, którzy złamali nazistowskie prawo tzw. czystości rasowej, wyczerpująco prezentuje film dokumentalny Marka Pawłowskiego Zakazana miłość. Historia Broni i Gerharda (2002).

 

 

Świat według Władzi

            Polski sen zaczyna się tak: Michał Szykuła, ożeniony z Marią Bobiłek mieszkaniec Szczebrzeszyna, w loterii ziemskiej wygrywa 2 ha lasu i trochę gruntów ornych we wsi Wólka Nieliska, nieopodal stacji kolejowej Ruskie Piaski. Przenosi się z miasta na wieś. Ścina drzewa, stawia dom, a ziemię sprzedaje, by bez ograniczeń zająć się handlem, czyli lżejszym niż rolnictwo sposobem na życie.

            Polski sen kończy się tak: w ostatnich dniach sierpnia ’39 wybraniec losu trafia do szpitala w Szczebrzeszynie z nierozpoznaną chorobą nowotworową. Leży na trzecim piętrze jedynie dwie noce. Bandyci z Luftwaffe zrzucają bomby na budynek – pociski wyręczają raka – Michał ginie pod gruzami. Zostawia dwoje dorosłych dzieci: 25-letniego Feliksa, 18-letnią Annę, i 11-letnią Władzię.

            zmarły powraca

            Zapłakana żona zmarłego, Maria, zaprzęga konia, zabiera najmłodszą córkę i jadą do Szczebrzeszyna. Na miejscu są już koledzy zabitego – wydobyli zwłoki spod zwałów cegieł. Córka widzi jego zmasakrowane doczesne szczątki.

            Żona udaje się do miasta kupić wyprawkę dla nieboszczyka. Wraca i pojawia się problem – ciało stężało kompletnie. Co robić? Skonsternowana Władzia pyta jednego z mężczyzn:

– Panie, a jak ubierzemy tata, gdy on taki sztywny?

– Nie bój się, dziecinko, zaraz nie będzie sztywny.

            Najbliższy kolega zabitego rozpoczyna niesamowity dialog:

– Michaś, daj mi się ubrać, niech ja się z tobą nie męczę – swoją prośbę powtórzył trzy razy.

            Tato Władzi zrobił się wiotki, jego kolega szybko ubrał ciało, mówiąc co jakiś czas do zmarłego:

– Jeszcze trochę, Michał, daj mi cię ubrać.

Czynność skończył, a zmarły na powrót zrobił się sztywny.

            Tylko pięć osób szło za trumną: siostra ojca z synami, Władzia i jej mama. Ludzie bali się wyjść na otwarty teren, bo strzelcy pokładowi niemieckich samolotów strzelali jak wściekli do wszystkiego, co się rusza. W obawie przed bombardowaniem proboszcz nie zgodził się na nabożeństwo pogrzebowe w kościele, pięcioosobowy kondukt zatrzymał się więc tylko przed bramą świątyni.

 

 

Artylerzysta z Kresów

            Od listopada 1944 r. decyzją Adolfa Hitlera letniskowe miasteczko Kolberg (Kołobrzeg) zostało przemianowane na Festung Kolberg – twierdzę Kołobrzeg, co nie wróżyło niczego dobrego dla miasta, oznaczało walkę do ostatka. Przekonali się o tym polscy piechurzy I Armii WP, którzy od 8 do 17 marca 1945 r. toczyli krwawy bój z obrońcami nadmorskiej twierdzy zdeterminowanymi do tego stopnia, że niektórzy z nich przykuwali się łańcuchami do swych stanowisk ogniowych, by nacierającym Polakom stawiać opór do samego końca. Pomimo graniczącego z fanatyzmem poświęcenia nie dali rady potomkom Kozietulskiego.

            Kapral Owczarek, ostrzeliwujący z haubicy stanowiska Niemców, miał swój udział w zdobyciu Kołobrzegu. Radość z kołobrzeskiej wiktorii świętował hucznie z towarzyszami broni, w sposób sprawdzony od wieków, aczkolwiek z zaskakującym finałem: „Uczciliśmy z kolegami zwycięstwo, wypiliśmy przy tym co nieco, tak że noc złapała mnie na mieście, a sen morzył. Ponieważ było ciemno, wgramoliłem się do jakiegoś pomieszczenia i zasnąłem. Chyba to był sen sprawiedliwego, bo gdy rano obudziłem się, stwierdziłem, że jestem w zakrystii jakiegoś kościoła z dużą dziurą wybitą w wieży przez pocisk”.

3 maja

            2 maja 1945 r. padła stolica teoretycznie tysiącletniej Rzeszy. W tłumie wiwatujących ze szczęścia polskich żołnierzy nie zabrakło i kaprala Ludwika Owczarka. Nie krył łez, patrząc na biało-czerwoną flagę powiewającą triumfalnie nad Bramą Brandenburską; nie krył i następnego dnia: „Gdy 3 maja 1945 r. staliśmy pod Bramą Brandenburską, zaśpiewaliśmy Jeszcze Polska nie zginęła.... Echo hymnu roznosiło się po zgliszczach Berlina, a człowiek cieszył się jak dziecko. 3 maja był tak dla nas ważny, bo było to święto i narodowe, i kościelne”.

            Już wkrótce, bo formalnie od stycznia 1951 r. (nieformalnie od roku 1947) do końca 1989 r., 3 maja stanie się świętem wyklętym. W rzuconym na kolana Berlinie po raz ostatni można je było obchodzić, nie narażając się na szykany reżimu.

 

Ostatni z braci

Było ich czterech – Jerzy, Janusz, Eugeniusz i Marian Pawełczakowie z Popkowic koło Kraśnika. Było ich czterech, a pozostał jeden – Marian Pawełczak „Morwa”, choć walczył tak jak jego bracia „Jur” i „Głaz”, najpierw z Niemcami, a później z enkawudystami i ubekami.

bracia na medal

19 maja 1945 r. oddział mjr. „Zapory” rozbił posterunek MO w Kazimierzu Dolnym oraz stoczył zwycięską walkę z formacjami NKWD, UB i MO, idącymi na pomoc milicjantom z Kazimierza. Podczas akcji, podjętej zresztą na prośbę mieszkańców nękanych przez tamtejsze UB i MO, wspaniałą postawę bojową wykazali trzej bracia Pawełczakowie. „Jur” dowodził ubezpieczeniem od strony Opola Lubelskiego. Nadjechały dwa samochody sowieckie, nie zatrzymały się, więc zostały przez niego odpowiednio potraktowane. „Głaz” z kolei, jako dowódca minerów, wyważył metalowe drzwi posterunku gamonem. „Morwa” dowodził drużyną erkaemów, ubezpieczał akcję od strony Puław: „Nadjechało UB, no i pięknie zostało przywitane… Wtedy mi Komendant powiedział: »Zasłużyłeś na Krzyż Walecznych«”.

Jednak na dekorację prestiżowym odznaczeniem wojskowym „Morwa” musiał czekać bardzo długo, bo aż 61 lat! 12 czerwca 2006 roku Krzyż Waleczny zawisł na jego piersi. Nigdy nie zawiśnie na piersiach jego braci, podanych przez „Zaporę” do odznaczenia za udział w tej samej akcji. „Nic to” – zdaje się mówić ostatni z braci Pawełczaków:

„Mój rodzinny grobowiec znajduje się w Konopnicy. Wypisałem na nim, że moi obaj bracia byli odznaczeni Krzyżami Walecznych, a Janusz dodatkowo, pośmiertnie, Virtuti Militari. W swoim pokoju mam specjalną tablicę pod szkłem, w której wiszą wszystkie ordery moje i moich braci. Virtuti Militari Janusza pięknie mi ją rozjaśnia”.

 

 

Pełna wersja e-booka na stronie wydawcy:

http://www.bezkartek.pl/ti-v-ti173986/Literatura-faktu-i-reportaze_Self-Publishing_Biografie-i-wspomnienia/Mariusz-Solecki/ebook-Wojna-zwyklych-ludzi.jsf



[1] W. Biegański, M. Juchniewicz, S. Okęcki, op. cit., s. 197.

[2] W ’47 roku porucznika 3. Batalionu Polskiego, Franciszka Grabarza, wracającego rowerem z pracy, na drodze pomiędzy Bolesławcem a Brzeźnikiem przejechało samochodem w biały dzień UB. Mężczyzna zmarł na skutek odniesionych obrażeń.


 

Antykwariat - tania książka
Thomas H. Barczyk

Schreiben Sie uns Ihre Meinung!

Wir haben ein offenes Ohr

für Anregungen, Lob und natürlich auch Kritik.

Schreiben Sie uns, was Ihnen an Kulturmagazin Zarys gefällt und was wir in Zukunft noch besser machen können.


Napisz do nas i podziel się z nami swoją opinią o naszym piśmie.

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Magazyn Kulturalny Zarys - Kulturmagazin Zarys