Piotr Roguski

Tablice pamiątkowe – kamienie pamięci

Dwie formy zapisu pamięci

 

          Problem, który sygnalizuję w tytule wystąpienia, wywołuje wielorakie skojarzenia. Po pierwsze mamy do czynienia z kwestią „pamięci”, „pamiętania” czyli potrzebą upamiętnienia czegoś, co dana społeczność uznaje za ważne. Kwestią samą dla siebie, wynikającą z konieczności połączenia lokalnej tradycji, obowiązujących kanonów artystycznych, jak i świadomych decyzji politycznych jest sprawa „formy upamiętnienia”, tzn. formy plastycznej obecnej w przestrzeni publicznej. Ma ona do wypełnienia wiele funkcji i musi być akceptowana przez zbiorowość, jako że zwraca powszechną uwagę i angażuje środki finansowe. Nierzadko też staje się zarzewiem różnicy osądów, a nawet ostrej walki politycznej.

         Dwa terminy: „tablice pamiątkowe” i „kamienie pamięci” określają co prawda odmienne formy ekspresji artystycznej, ale odnoszą się do jednej rzeczywistości. Chodzi w nich, najogólniej rzecz ujmując, o upamiętnienie miejsc i ludzi, ofiar „nieludzkiego czasu” nazistowskiego terroru. Do porównania wybieram dwa kraje, dwa społeczeństwa: Polski i Niemiec, które w swej powojennej historii musiały uporać się z okresem lat 1939-1945 i jasno określić swój stosunek do niego.

Dla każdego Polaka lata 1939-1945, inaczej zwane latami wojny i okupacji, oznaczają jednoznacznie czas walki z niemieckim najeźdźcą i czas męczeństwa własnych obywateli. Nie ulegało zatem wątpliwości, że poniesione ofiary, ich rozmiar oraz rodzaj, musiały zostać odpowiednio upamiętnione i uhonorowane. Sprawcy nie mogli też pozostać bezimienni.

Już w momencie walk oraz zaraz po wyzwoleniu ludność Warszawy spontanicznie znakowała miejsca, w których rozgrywały się tragiczne zdarzenia; stawiano krzyże, mocowano czarne tablice z prowizorycznymi napisami. Władza ludowa starała się zapanować nad żywiołem obywatelskiej aktywności i skanalizować ją poprzez narzucenie nowej, ideologicznie poprawnej formy upamiętniającej miejsca cierpień narodu. W 1948 roku Stowarzyszenie Architektów Polskich ogłosiło ogólnopolski konkurs na taką formę. Wygrał projekt warszawskiego artysty rzeźbiarza Karola Tchorka (1904-1985).

By uświadomić sobie, jak projekt Tchorka wygląda, wystarczy odbyć spacer po głównych ulicach miasta. Na wielu budynkach, na wysokościu oczu przechodnia, umieszczone są tablice wykonane z szarego piaskowca. Szarość materiału sprawia, że tablice zlewają się z elewacją i otoczeniem miejsca, stając się przez to mało widoczne. Inna rzecz, że wielość reklam, napisów, mrugających kolorowych informacji skuteczniej przyciąga uwagę, niż szare płyty z zacieranymi przez czas znakami.

Mogę zrozumieć, że pierwotny projekt artysty swoją wyrazistością i prostą symboliką został zaakceptowany przez władze, a z czasem i przez społeczeństwo. Na tle powojennej, ubogiej, szarej warszawskiej ulicy wyróżniał się zdecydowanie. Tablice przyozdabiano dodatkowo lampkami, chorągiewkami, często leżały świeże kwiaty, płonęły znicze. Przypominam sobie dobrze, że w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, w czasie moich studiów uniwersyteckich oraz pracy na Uniwersytecie Warszawskim, doskonale orientowałem się, gdzie w okolicy znajdują się tablice pamiątkowe Karola Tchorka. Były one w pewnym sensie „ozdobą”, jeśli tak można powiedzieć, Krakowskiego Przedmieścia, Nowego Światu, Starego Miasta i Powiśla, czyli miejsc, które nie tylko ja często odwiedzałem. Przechodząc obok, nie można było ich nie dostrzec. Przyciągały uwagę i zachęcały, by przystanąć. Napisy opowiadały wstrząsające historie z nieodległego czasu, którego młode pokolenie nie było już świadkiem. Tablice rejestrowały świeżą, tragiczną historię stolicy, pełną bólu, ale wyrażały również pewnego rodzaju dumę, że nie została pokonana i teraz odradza się, czyli zwycięża. Nie można oczywiście zapominać o socjalistycznej rzeczywistości powojennej Polski i o właściwej dla władzy ludowej ‒ ideologizacji „kultury pamięci”. Chodzi o stalinizację życia we wszystkich jego przejawach, a zwłaszcza w aspekcie kształtowania socjalistycznej polityki społecznej i historycznej. Z zawziętością i wyrachowaniem rugowano z przestrzeni publicznej ślady oraz pamiątki po „przedwojennej, pańskiej Polsce”, w tym po powstaniu warszawskim i żołnierzach Armii Krajowej.

Duch „nowej Polski” odcisnąć więc musiał piętno na ostatecznym kształcie tablic pamiątkowych Karola Tchorka. W popularnych opracowaniach znajdujemy informację, iż:

 

Centralnym motywem tablic wykonanych według oryginalnego projektu Tchorka jest symbol krzyża maltańskiego. Tarczę w środku krzyża zdobi napis: „Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny” (...) Pod symbolem krzyża maltańskiego wyryty jest krótki napis zawierający podstawowe informacje na temat upamiętnianego wydarzenia. Charakterystyczną cechą owych napisów jest określenie sprawców upamiętnianych zbrodni mianem „hitlerowców”1.

 

Co do potrzeby i sensowności ujednoliconych „tablic pamięci” panowała zgoda, nawet strona artystyczna projektu Karola Tchorka nie wzbudziła większej krytyki. Surowej cenzurze ideologicznej podlegały natomiast symbole i napisy. Uczestnicząca w obradach jury pisarka Maria Dąbrowska wspomina w swoich Dziennikach pod datą 27 października 1948 roku, iż przedstawiciel nowej władzy wypowiedział się przeciw temu, aby na pomnikach były krzyże i znaki „Polska walcząca” i żeby w nich była mowa o Polakach i o Niemcach. Zamiast tego proponował: „obywatele Polski” i „faszyści”. Czyli byłyby to inne pomniki innego kraju, innego narodu, inną i z kim innym prowadzącego wojnę. Nawet to chcą odebrać Polakom, że ginęli i umierali!2

 

Ostatecznie zatwierdzono, przywołaną już wcześniej, wersję: „Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny”. Podlegała ona drobnym modyfikacjom; raz kładziono akcent na sformułowanie: „miejsce walki”, „miejsce walki i męczeństwa”, „miejsce uświęcone krwią”, kiedy indziej na „miejsce uświęcone męczeństwem”. Pierwsze tablice pojawiły się w 1950 roku.

Z dzisiejszego, pobieżnego oglądu turysty czy spacerowicza modyfikacje napisów mają charakter raczej symboliczno-stylistyczny. We wczesnych latach powojennych starano się oddać w nich całą złożoność zdarzenia. Czym innym była przecież egzekucja uliczna, zamach na wroga, a czym innym cierpienia i straty spowodowane walkami ulicznymi w powstaniu.

Historię zdarzenia krótko relacjonował dolny napis. Zawierał zazwyczaj datę dzienną, rok, okoliczności śmierci oraz liczbę zabitych. Dominowały określenia: „rozstrzelano”, „zginęli”, „zabito”, „zamordowano”. Trudno nie zwrócić uwagi na pieczołowitość i skrupulatność, z jaką władza ludowa unikała wszelkich odniesień do nazw czy symboli niekomunistycznych, zwłaszcza do Armii Krajowej. Jak wspomniałem, starano się wszelkimi możliwymi środkami rugować ją z przestrzeni publicznej. Na tablicach pamiątkowych Tchorka dominują więc nazwy ogólne: „Polacy, Polaków”, „ludność cywilna”, „bezbronni mieszkańcy”, „harcerze”, „patrioci polscy”. Członków organizacji wojskowych określano jako „członkowie konspiracji zbrojnej”, „uczestnicy powstania”, „żołnierze powstania”, „powstańcy Warszawy”. Wynalazczość cenzury nie znała granic, a wszystko po to, by wyeliminować z użycia znienawidzoną nazwę „AK”. Dopiero w 1957 roku stosunek komunistów do prostych żołnierzy AK zaczął ulegać złagodzeniu, pojawiły się też pierwsze tablice z nazwą „Powstanie Warszawskie”.

Niebywale drażliwą politycznie kwestią było znalezienie „odpowiedniej” nazwy na określenie sprawców cierpień Polaków. Mało kto dziś pamięta, że zaraz po wojnie rzeczownik „Niemcy”, na określenie narodu, pisano – wbrew regułom języka polskiego – małą literą. Michał Głowiński, wybitny literaturoznawca, wspomina w książce Czarne sezony3 o swoim bezgranicznym zdumieniu, gdy w 1949 roku przeczytał w piśmie literackim „Odrodzenie” tytuł dramatu Leona Kruczkowskiego „Niemcy są ludźmi”. W głowie 15-letniego chłopaka żydowskiego, który przeżył Holocaust, nie mogło się pomieścić, by o niedawnych oprawcach i mordercach powiedzieć, że „są ludźmi”. Skoro i oni są „ludźmi”, kim zatem byli ci, których prześladowali, zabijali, palili w piecach krematoryjnych?! Pytanie w pełni uzasadnione, pozostające otwarte do dnia dzisiejszego.

Wracając do tablic pamiątkowych Karola Tchorka. Cenzura komunistyczna zgodziła się na sformułowanie określające sprawców jako „hitlerowcy”, unikając nazwy „Niemcy”. Powód był prosty. W 1949 roku powstała Niemiecka Republika Demokratyczna, zaprzyjaźnione ideologicznie państwo robotników i chłopów, państwo „dobrych Niemców”. Czasem zdarza się użycie bardziej rozbudowanego określenia jak: „żołnierze Wehrmachtu”, „okupant hitlerowski”, czy „najeźdźcy hitlerowscy”.

Tablice Karola Tchorka poświęcone są w większości Polakom, co nie znaczy, iż celowo pomijano upamiętnienie męczeństwa ludności żydowskiej. W tym wypadku został zmieniony pierwotny projekt. Zrezygnowano z krzyża maltańskiego, a w centrum tablicy znalazł się napis: „Cześć ich pamięci”. Kilka przykładów. W podwarszawskim Rembertowie, w miejscu tzw. getta szczątkowego, zachowała się tablica o treści: „Cześć ich pamięci. Tu w 1943 roku hitlerowcy dokonali mordu na 200 Żydach”. Na Pelcowiźnie, w miejscu dawnych zakładów kolejowych i wojskowych, identyczna tablica informuje: „Cześć ich pamięci. Tu w latach 1942-1943 hitlerowcy dokonali mordu na 600 Żydach”. O zbrodniach Gestapo przypomina inna tablica: „Cześć ich pamięci. W tym domu w 1943 r. w lochach Gestapo zamęczono na śmierć tysiące Żydów warszawskiego getta”.

Nie jest łatwo ustalić, ile w sumie tablic zrealizowanych według projektu Karola Tchorka zainstalowano w Warszawie. W 1979 naliczono ich 448. Rozbudowa i modernizacja miasta doprowadziła do zniszczenia wielu. W końcu lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia autorzy rejestrów szacowali ich liczbę na 180-200.

Tablice pamięci Tchorka zrosły się na stałe z krajobrazem ulic Warszawy i trudno wyobrazić sobie, by mogły znikąć z nich na zawsze.

 

Próba znalezienia jakiejś płaszczyzny porównania form wizualizacji polskiej i niemieckiej „kultury pamięci” wydaje się przedsięwzięciem mocno ryzykownym. Różnice są aż nazbyt widoczne. Wynikają przede wszystkim z odmienności zadań, jakie stanęły przed obydwoma społeczeństwami po zakończeniu II wojny światowej. W przypadku Polski rola ofiary ewidentnej napaści i zaplanowanej przez nazistów eksterminacji całego narodu wyznaczała jako zadanie pierwszoplanowe obrachunek strat, zarówno materialnych, osobowych jak i duchowych. Wraz z rachunkiem strat zjawiała się konieczność upamiętnienia poległych jako moralno-patriotyczny obowiązek tych, którzy przeżyli wobec tych, którzy stracili życie. Swoi musieli zatroszczyć się o pamięć o swoich. Pamięć o katach, jeśli pozostali w ziemi polskiej, miała porosnąć trawą zapomnienia, a ich imię miało być przeklęte na wieki. Idea cmentarzy żołnierzy niemieckich poległych w ostatnich dwóch wojnach na terenie Polski to idea świeża, zrodzona na mocy porozumienia z 1989 roku.

W obu państwach niemieckich stosunek do przeszłości nazistowskiej kształtował się odmiennie. W NRD z powodów czysto ideologicznych głęboki rozrachunek z narodowym socjalizmem nie był wskazany, ponieważ przystąpiono do budowy pierwszego „sprawiedliwego” państwa niemieckiego robotników i chłopów, którego konto miało pozostawać czyste. Wedle tej doktryny nazizm jawił się jako negatywne zjawisko w marksistowskiej teorii walki klas, o międzynarodowym zasięgu, który został przezwyciężony na drodze do budowy „lepszego jutra”. Ideologiczny antyfaszym państwa NRD-owskiego „załatwiał”, by tak rzec, problem dyskusji społecznych i rozliczeń indywidualnych. Państwowe pomniki honorowały własnych antyfaszystów, resztę skazując na zapomnienie.

W Republice Federalnej proces mocowania się z niedawną przeszłością przebył długą drogę, zanim udało się w 2005 roku uroczyście odsłonić ogromnych rozmiarów Pomnik Pomordowanych Żydów Europy (Holocaust-Mahnmal), znajdujący się w centrum Berlina, obok Bramy Brandenburskiej. Zaś na początek lat dziewięćdziesiątych XX wieku przypada realizacja odważnego projektu kolońskiego artysty Guntera Demniga pod ogólną nazwą „Stolpersteine”.

Odpowiedź na pytanie, dlaczego Niemcy potrzebowali sześćdziesięciu lat, by wystawić pomnik pomordowanym przez siebie (swoich rodaków) Żydom, w tym własnym obywatelom, nie jest prosta, a już na pewno przekracza granice czasowe tego wystąpienia. Nie jest łatwo wykazać złożoność procesów zachodzących w poszczególnych dekadach, czy erach rządów kolejnych kanclerzy, począwszy od Konrada Adenauera, Ludwiga Erharda, Willego Brandta, Helmuta Schmidta czy Helmuta Kohla. Wiemy jednak na pewno, że zanim pomyślano o ofiarach nazizmu, myślano przede wszystkim o własnych poległych: żołnierzach wszystkich frontów i cywilach zabitych podczas działań wojennych. Pamięć o nich pielęgnowano głównie w kręgu rodzinnym, fundowano też tablice pamiątkowe w kościołach. Życie publiczne zdominowała niechęć do wszelkich rozliczeń, przyznawania się do winy czy szukania winnych. Koronnym przykładem może być ustawa o amnestii z 1949 roku, uwalniająca od zarzutów współpracy z reżimem nazistowskim blisko 800 tys. osób, które znalazły zatrudnienie w administracji państwowej, sądownictwie, wojsku. Dopiero rewolta studencka 1968 roku przedstawicieli młodego pokolenia dokonała przełomu, zainicjowała dyskusję na temat zbrodni i winy nazizmu. Młodzi ludzie ze zdumieniem odkrywali prawdziwą przeszłość ojców, bliższych względnie dalszych krewnych, dostrzegali, że na czele ich państwa stoją ludzie dawnego reżimu. W tym miejscu warto przypomnieć fragment ulotki z 1968 r.:

 

Machen wir Schluss damit, dass nazistische Rassenhetzer, dass die Juden-Mörder, die Slawen-Killer, die Sozialisten-Schlächter, dass die ganze Nazi-Scheisse von gestern weiterhin ihren Gestank über unsere Generation bringt. Holen wir nach, was 1945 versäumt wurde: Treiben wir die Nazi-Pest zur Stadt hinaus (…) Nazi-Richter, Nazi-Staatsanwälte, Nazi-Gesetzgeber aller couleur, Nazi-Polizisten, Nazi-Beamte, Nazi-Verfassungsschützer, Nazi-Lehrer, Nazi-Professoren, Nazi-Pfaffen, Nazi-Journalisten, Nazi-Propagandisten, Nazi-Bundeskanzler (…) Verweigern wir uns total den Nazis (…).4

 

Lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte XX wieku przynoszą w Niemczech dyskusje wokół trzech najważniejszych dla nowej polityki historycznej kwestii: 1. sporu historyków wokół Holocaustu, 2. wokół roli i zbrodni Wehrmachtu oraz 3. wokół twierdzeń Daniela Goldhagena o kolektywnej winie Niemców. Swoistą reakcją na tę falę rozliczeniową było niewątpliwie zainicjowanie na początku naszego wieku dyskusji na temat wypędzeń Niemców z terenów wschodnich. Jakkolwiek problem wymaga oddzielnego opracowania, łączy się on z szeroką problematyką niemieckiej polityki historycznej. Idea Centrum Przeciw Wypędzieniom odbierana jest bowiem jako kolejna próba wypierania czy zamazywania własnej winy na rzecz „winy” innych, w tym wypadku – paradoksalnie – na rzecz tych, którzy wcześniej sami doznawali krzywd od Niemców. Relatywizacja odpowiedzialności za własną winę zawsze rodzi złe następstwa. Dlatego daleko bardziej zasługującą na szacunek i wsparcie wydaje mi się inicjatywa artysty rzeźbiarza Guntera Demniga. Stanowi też najdogodniejszy materiał porównawczy dla tablic pamiątkowych Karola Tchorka.

Historia „Kamieni pamięci” (Stolpersteine) Demniga sięga roku 1992, kiedy przed historycznym ratuszem w Kolonii artysta zaprezentował po raz pierwszy swoje dzieło, a raczej cały jego koncept. Polegał na tym, że wszystkie elementy składowe projektu, to znaczy: główny obiekt, miejsce zamontowania, odbiorca (odbiorcy) oraz prawdziwa historia w tle, musiały pasować do siebie. Nasz opis zacznijmy od prezentacji głównego obiektu. Jest to kwadratowa kostka betonowa o wymiarach 96x96 milimetrów i wysokości 100 milimetrów. Na zewnętrznej stronie kostki mocowana jest płytka z mosiądzu z wygrawerowanym napisem. Do idei i treści napisu odniosę się nieco później. Spreparowaną kostkę betonową artysta wmontowuje w płaszczyznę ulicy lub placu, tak, by przynależała do naturalnego środowiska, ale powinna z niego lekko wystawać. Dlaczego? Z prostego, trochę przewrotnego zamysłu, by przechodzień lekko się potknął... Podstęp artysty nie ma bynajmniej niecnego zamiaru na względzie, czyli doprowadzenia przechodnia do upadku, lecz do zwrócenia uwagi na przeszkodę. Naturalna złość na przyczynę potknięcia wyzwala równie naturalną ciekawość, o co zahaczyła nasza noga? Konfrontacja złości z ciekawością procentuje na rzecz zagadki. Kiedy przystajemy i odkrywamy „winowajcę” potknięcia, doznajemy – przynajmniej tak było w moim wypadku – niebywałego doznania. Wygrawerowany napis na mosiężnej płytce przekazuje nam informację nie z tego, lecz z minionego świata. Miejsce się zgadza, brak jednak osoby, o której mowa. I cóż w tym dziwnego? Przecież ludzie, całe pokolenia mijają, a pozostają ulice, place, domy, w których mieszkali. Czyżbyśmy więc mieli do czynienia z profanacją swojego rodzaju tablic nagrobnych? I tak i nie. Niezwykłość kamieni Demniga polega na doborze osób im poświęconych i na dramatyczności przekazu. Zacytujmy treść na płytce jednego z nich, tego, o który latem 2005 czy 2006 roku potknąłem się, spacerując po willowej ulicy Weyertal w pobliżu uniwersytetu kolońskiego.

 

Hier wohnte

Salomon Levenbach

Jg. 1880

deportiert 1941

LODZ? AUSCHWITZ

???

 

        Pochylając się, wyczytałem, że niejaki Salomon Levenbach, urodzony w 1880 roku, a mieszkający w willi, przed którą ja stałem i znajdował się Stolperstein, został deportowany w 1941 roku. Dalej następowały dwie nazwy miejscowości, opatrzone znakami zapytania.

      Czy informacje wyryte na mosiężnej płytce i sam kamień wystarczyły, by przechodzień zrozumiał ideę projektu Guntera Demniga? Niewiedza nie usprawiedliwia oczywiście niczego. Wydaje się, że artysta wysłał w kierunku odbiorcy tyle sygnałów, które powinny wystarczyć do prawidłowego odczytania jego intencji. A te to: 1. niearyjskie imię i nazwisko, 2. wyrażenie „deportacja” i podany rok, 3. wiele mówiące nazwy „Lodz”, „Auschwitz”, 4. miejsce umieszczenia kamienia. Z tych elementów da się bez trudu zrekonstruować los Żydów kolońskich w okresie dyktatury narodowego socjalizmu. Przykład „Salomona Levenbach” jest jednym z milionów ofiar. Stolperstein Demniga przywracał pamięć o człowieku, który był jednym z mieszkańców Kolonii, a który został z niej deportowany i zginął w Auschwitz. To jedna, informacyjna, strona tego kamienia. Druga – to „podstęp” artysty, by nie tyle fizycznie co duchowo wstrząsnąć przechodniem. Oto zobacz, zdaje się mówić, po tej samej ulicy spacerował Salomon Levenbach, którego oprawcy Hitlera, twoi rodacy, a może nawet krewni, deportowali i zagazowali w Auschwitz. To jest potrzebna ci osobiście pamięć: o oprawcach, przyczynach tego zła i o ofiarach. Wnioski musisz wyciągnąć sam.

       Projekt Demniga wzbudził wiele kontrowersji. Zwolennicy wyliczali następującego jego zalety: upamiętnienie żydowskich (w większości) ofiar narodowego socjalizmu, przywrócenie im imion i nazwisk w przeciwieństwie do numerów obozowych, „potknięcie” (stolpern) jako wyraz symbolicznego pokłonu i hołdu, powrót ofiar do miejsc, z których zostały deportowane, czy wreszcie ‒ zaprzeczenie nieprawdzie, że sąsiedzi nie wiedzieli o deportacjach.

      Krytycy, w tym liczne organizacje żydowskie, protestowali przeciwko „deptaniu nogami” tablic mających upamiętniać ofiary nazizmu. Formułowali zarzuty wobec niektórych sformułowań na płytach, jak również wobec komercjalizacji całego przedsięwzięcia. Jeśli zważy się, iż warsztat Demninga wyprodukował i zamontował ponad 50.000 kamieni w wielu miastach europejskich, a koszt jednego szacuje się na 120 euro, można mówić o pokaźnym interesie. Z czasem pojawiły się zarzuty wobec twórcy projektu, iż honoruje tylko żydowskie ofiary nazizmu. Demnig postanowił więc objąć swoją akcją także inne grupy prześladowanych: robotników przymusowych, politycznych wrogów Hitlera, czy ludzi określanych przez nazistów jako „element asocjalny”.

        Zapytajmy jeszcze, czy forma „kamieni pamięci” Demniga przywędrowała również do Polski? Jak twierdzi Beata Chomątowska5, istnieją one tylko w dwóch miastach polskich: w Słubicach i we Wrocławiu. W Warszawie nie pojawił się żaden. Z zasadniczych powodów braku Stolpersteine w stolicy Chomątowska wymienia dwa: bariery i uciążliwość procedur urzędniczych oraz groźbę kradzieży płytek mosiężnych. To być może istotne, ale dość trywialne powody. Myślę, że istnieje poważniejsza przyczyna, dla której kamienie Demniga nie przyjęły się w Warszawie. Jest to projekt stosunkowo późny w stosunku do wydarzeń wojennych, które mocno wryły się w pamięć Polaków. Czy może zatem konkurować z obecną od ponad półwieku w krajobrazie ulic Warszawy formą tablic pamiątkowych Karola Tchorka? Wydaje mi się, że nie. Tablice Tchorka odpowiedziały na ówczesne zapotrzebowanie. Społeczeństwo przyzwyczaiło się do nich i w sumie je zaakceptowało.

I jeszcze końcowa uwaga. Typ wizualnego kontaktu z symboliką tablic pamiątkowych wiąże się silnie, w równym stopniu w Polsce jak i w Niemczech, z tradycją powagi pochówku. Dlatego umieszczanie ich w płaszczyźnie ulicy, placu, może być odbierane jako swoista profanacja pamięci honorowanej osoby lub sprawy. Wszak nikt nie depce świadomie po grobach, czy miejscach uznawanych przez własną kulturę za święte. Projekt Guntera Demniga wywołuje zainteresowanie, od zachwytu po ostrą krytykę, dzięki swej niezwykłej formie. Czy zostanie ona zaakceptowana przez odbiorców i stanie się na stałe elementem „kultury pamięci”, pokaże oczywiście czas. Jej „niemieckość” ma o tyle tylko znaczenie, że wyszła spod ręki niemieckiego artysty, poszukującego nowego wyrazu dla uczczenia we własnym kraju pamięci ofiar narodowego socjalizmu.

 

 

 

 

 

1 Wikipedia.org/wiki/Karol-Tchorek

2 M. Dąbrowska, Dzienniki, wybór, wstęp i przypisy T. Drewnowski, Warszawa 1988, t. 3, s. 170.

3 M. Głowiński, Czarne sezony, Kraków 2010, s. 210.

4 K. Hammerstein, Wider den Muff vor 1000 Jahren. Die 68er Bewegung und der Nationalsozialismus, in: Bundeszentrale für politische Bildung, 5.6.2008.

5 D. Chomątowska, Dlaczego w Warszawie nie ma Stolpersteine, w. wyborcza.pl z 10.03.2015.

 

Antykwariat - tania książka
Thomas H. Barczyk

Schreiben Sie uns Ihre Meinung!

Wir haben ein offenes Ohr

für Anregungen, Lob und natürlich auch Kritik.

Schreiben Sie uns, was Ihnen an Kulturmagazin Zarys gefällt und was wir in Zukunft noch besser machen können.


Napisz do nas i podziel się z nami swoją opinią o naszym piśmie.

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Magazyn Kulturalny Zarys - Kulturmagazin Zarys