Z redaktorem naczelnym oraz

wydawcą Magazynu Kulturalnego „Zarys”,

Romanem Ulfikiem, rozmawia Marek Tinschert.


Pod koniec 2011 roku wydałeś 10. numer „Zarysu”, czyli mały jubileusz i z pewnością powód do radości, a kilka miesięcy później ogłaszasz, że to ostatni numer i koniec „Zarysu”. Skąd ta decyzja?

Powodów do radości było sporo, zwłaszcza przez pierwsze kilka lat mojej działalności, gdy ukazanie się każdego kolejnego numeru było sukcesem. Przynajmniej dla mnie... Później doszła jeszcze Biblioteka Zarysu, więc kolejny sukces. Zawsze pozytywne recenzje i opinie czytelników i autorów, przede wszystkim tych osób, które osobiście bardzo cenię. To wszystko z pewnością było powodem do radości i dawało mi wiele satysfakcji. Zresztą, myślę, że innym członkom redakcji również...

Więc skąd ta decyzja o zaprzestaniu wydawania pisma?

Mocno upraszczając, po prostu przestało mnie to wszystko bawić.

...?

No przecież od początku „Zarys” był dla mnie zabawą, czymś, co miało mi sprawiać intelektualną przyjemność, być odskocznią od koleiny - „praca, dom, praca...”, lekiem na chorobę emigracyjną... Dobrze wiesz, że gdy kilkanaście lat temu opowiadałem znajomym o pomyśle na to pismo, to większość po prostu pukała się w czoło, więc ja tak na przekór, by pokazać, że można, bez pieniędzy, bez układów, znajomości. Ale po tych dziesięciu latach, gdy „Zarys” z roku na rok stawał się coraz bardziej znany, gdy zgromadziliśmy wokół naszego pisma pokaźną rzeszę autorów i od kilku już lat mogliśmy liczyć na coroczne dotacje, gdy wszystko układało się tak, że dziesięć lat wcześniej nawet nie marzyłem o takiej sytuacji, to jednak musiałem spojrzeć prawdzie w oczy i zadać sam sobie te dwa pytania, które inni zadawali mi już od dziesięciu lat: po co to robię i dla kogo?
No i okazało się, że te wszystkie powody, które co roku motywowały mnie do pracy, gdzieś tam po drodze się po prostu ulotniły. Z przyjemności redagowania pozostała gonitwa, by dotrzymać jakieś terminy, a zamiast odskoczni od pracy zawodowej zwaliłem sobie na głowę drugi etat. Co roku, jakieś dwa, trzy miesiące przed oddaniem numeru do druku, cały mój czas prywatny poświęcałem na składanie numeru. Po ukazaniu się numeru zaczynała się wysyłka, rozliczenia, nowe wnioski, by dostać dotację na kolejny numer, i tak w kółko. Oczywiście wszystko kosztem rodziny.
Poza tym myślę, że kilku osobom sprawiłem tą decyzją przyjemność i odetchnęły z ulgą, bo przecież od początku wiedziały, że długo to pismo nie pociągnie, a przecież po to jesteśmy na tym padole, by innym sprawiać przyjemność, prawda?...

A drugie pytanie: dla kogo?

Z początku, jak już wspomniałem, przede wszystkim dla siebie, by sobie udowodnić, a później wierzyłem, że znajdziemy tych kilkuset czytelników wśród Polonii niemieckiej. I tu poległem, padłem po prostu na pysk. Większości naszych rodaków tutaj, w Niemczech, zajmuje tylko lektura własnych książeczek oszczędnościowych... I tutaj nie widzę różnicy, czy jest to robotnik, który haruje na taśmie, czy inteligent, który powinien odczuwać tak zwany głód obcowania z kulturą wyższą. Oni wszyscy, w znakomitej większości, mają w sumie te same wymagania. Dla nich kultura, obojętnie w jakiej formie, jest po prostu niepotrzebna do życia. Dom, samochód, urlop, owszem, a jeśli książka, to koniecznie coś lekkiego.

Chyba przesadzasz! Przecież wśród tej dwumilionowej rzeszy powinno się znaleźć dwustu, trzystu chętnych, by zaprenumerować takie pismo jak „Zarys”. Istnieje przecież jakieś grono intelektualistów...

Teraz to ty przesadzasz. Jacy intelektualiści? Ja nie znam tutaj, wśród Polonii, ani jednego intelektualisty. Nie znam nikogo, kto brałby udział w jakichkolwiek debatach publicznych, kto byłby zapraszany do takich debat przez stronę niemiecką. Jedynym wyjątkiem, potwierdzającym regułę, jest Basil Kerski. Jest kilku pisarzy, których można policzyć na palcach jednej ręki, którzy są sporadycznie obecni na łamach tutejszej prasy, ale na tym się to kończy.

Czyli, niestety, potwierdza się i moja obserwacja, że środowisko Polonii w Niemczech pozostaje raczej bez większego znaczenia, słabo lub w ogóle niereprezentowane, niemalże niewidoczne?

Niekiedy, dla zachowania pozorów, przy okazji jakichś spotkań zaprasza się kilku tak zwanych przedstawicieli Polonii, z tych spotkań zazwyczaj nic nie wynika, ale ci panowie są zawsze bardzo zadowoleni, bo przy takich okazjach załatwiają swoje prywatne interesy. I tak to się kręci już od wielu, wielu lat... Oczywiście są wyjątki, które, jak wiadomo, tylko potwierdzają regułę.

Jakie to wyjątki?

Raz na sto lat pojawia się ktoś, kto ma wszystko poukładane, wie, co chce zrobić, i – co najważniejsze, wie, jak to zrobić, i gdy tylko osiągnie jakieś sukcesy, gdy reszta zauważy, że jest lepszy w tym, co robi, od innych o lata świetlne, to już hurra! wykończyć go! Nie może być, że ktoś tu, nawet nie wiadomo skąd i jak, robi profesjonalną robotę. To oni przecież walczą już od dwudziestu lat o Polonię i jej prawa... Niestety, z marnym skutkiem, a gdy pojawi się ktoś skuteczny, to wtedy widać to jak na dłoni, to ich pieniactwo i nieudolność...

Czy twoim zdaniem Polonia w Niemczech jest źle traktowana przez Niemców? Dużo mówi się o dysproporcji w sytuacji Polonii niemieckiej i mniejszości niemieckiej w Polsce.

To obszerny temat, który poruszyliśmy w ostatnim, 10. numerze „Zarysu”. Te dysproporcje na pewno istnieją, to nie podlega dyskusji, każda strona ma swoje argumenty. Niemcy nie chcą uznać Polaków w Niemczech za mniejszość narodową, bo to pociągnęłoby lawinę podobnych żądań innych grup narodowościowych w Niemczech. Ja osobiście nie jestem tak do końca przekonany, czy Polacy tutaj tego statusu mniejszości narodowej naprawdę potrzebują. Może potrzebne to jest tym kilku krzykaczom, którzy z „działalności polonijnej” zrobili sobie intrantny interes, bo ani mnie, ani tobie do niczego to nie jest potrzebne, prawda?
Zresztą nie przemawia do mnie język, który jest używany w tych sporach przez działaczy polonijnych: Musimy walczyć o nasze prawa, jesteśmy dyskryminowani... itd. Jak wiesz, ponad dziesięć lat dość intensywnie udzielałem się w życiu polonijnym, dlatego mogę szczerze powiedzieć, że jakoś nie mam wrażenia, byśmy byli traktowani gorzej niż inne grupy narodowościowe. Wręcz przeciwnie. Przez kilkanascie lat brałem aktywny udział w zakładaniu, a później działalności dwóch stowarzyszeń i nigdy nie odniosłem wrażenia, że Niemcy robią nam jakieś trudności lub że traktują nas, Polaków chcących prowadzić tutaj działalność kulturalną, gorzej od innych nacji.
Oczywiście zdarzają się różni urzędnicy czy jakieś absurdalne przepisy, ale z tym borykają się wszystkie towarzystwa, ja nigdy nie spotkałem się ze złym traktowaniem. Wrecz przeciwnie, nigdy nie było takiego problemu, którego nie można byłoby rozwiązać. Zazwyczaj wystarczyła rozmowa telefoniczna lub mail. Bardziej negatywne doświadczenia mam w kontaktach ze stroną polską. Tutaj brakowało elementarnych zasad dobrego wychowania. Regułą jest nieodpowiadanie na maile lub listy, no chyba że to oni mają jakiś interes z tobą do załatwienia... Na przykład przyjeżdża do Niemiec nasz prezydent, wtedy spraszają w rekordowym tempie, kogo tylko można, by pokazać, jaka prężna ta Polonia, nad którą oni tak świetnie sprawują pieczę.

Jeżeli mowisz „strona polska”, to kogo masz na myśli: instytucje w Polsce czy placówki konsularne w Niemczech?

To nie miało znaczenia, tam czy tu...
Najnowszy przykład... Kilka dni temu dostałem mail z konsulatu z informacją, że wnioski o dofinansowanie projektów polonijnych przyjmowane są do tego to, a takiego terminu. W sumie miła informacja, bo to nowość, że można w konsulacie składać takie wnioski i miło przecież z ich strony, że tak się starają, byśmy nasze projekty realizowali, ale... No właśnie, ale termin składania wniosków upływa w niecałe dwa tygodnie, czyli masz kilkanaście dni, by ten wniosek przygotować, kosztorys, oferty itd... Każdy, kto choć trochę siedzi w temacie, wie, że jest to praktycznie niemożliwe. Przeczytałem ten mail i chciałem nawet podziękować za pamięć, ale dałem sobie spokój, bo korciło mnie, by zrobić dwie rzeczy: zapytać, kiedy dostanę odpowiedź na mój ostatni wniosek, który złożyłem u nich już dobre kilkanaście lat temu i do dzisiaj nie otrzymałem żadnej odpowiedzi, i zacytować pewien wiersz Tuwima, ale postanowiłem, że jednak rozsądniej będzie poprzestać na kulturalnym milczeniu.
W sumie miałem z tymi ludźmi rzadkie kontakty, ale cieszę się, że mam je już za sobą. Traktuję to jako jeszcze jedno doświadczenie, które czegoś tam mnie nauczyło, a poza tym pozostało mi kilka naprawdę śmiesznych anegdot, którymi mogę zabłysnać w towarzystwie (śmiech).

Może opowiesz przynajmniej jedną.

No co ty, ci ludzie jeszcze żyją (śmiech), mogliby się obrazić.

Więc jeżeli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?

Bo to jest tylko i wyłącznie nasza wina, nasza nieudolność, nasza zawiść i zazdrość, te wszystkie nasze przywary, z powodu których od kilkudziesięciu lat nie potrafimy się zjednoczyć, nie potrafimy przemówić jednym głosem, nie bierzemy udziału w życiu politycznym tego kraju, w którym żyjemy, chociaż tak łatwo się integrujemy. Bardzo często nasi rodacy odnoszą sukcesy w życiu zawodowym, nasze dzieci nie mają absolutnie żadnych problemów, by znaleźć się w tym społeczeństwie, a nierzadko wyprzedzają w wielu dziedzinach swoich rówieśników, których rodzice nie mają Migrationshintergrund, czyli „tła migracyjnego”, jak to pięknie przetłumaczono na język polski.
Mimo to nie mamy żadnych przedstawicieli wśród polityków tego kraju, żadnego lobby. Gdy w mediach pojawia sie jakiś polski temat, to albo komentuje go korespondent niemiecki z Warszawy, albo zaprasza się kogoś takiego jak Steffen Möller. Jeszcze nigdy nie widziałem, by poproszono o komentarz jakiegoś przedstawiciela Polonii.
Dlatego ja uważam, że to jest nasza wina, że nie mamy tutaj wielkich organizacji, nie wydajemy gazet i czasopism, itd., itd., a na każdy projekt musimy starać się o dotacje od Niemców, którzy niektóre projekty finansują, a niektóre nie, bo środki na Polonię niemiecką są bardzo ograniczone. I zaczyna się lamentowanie, że stawiają warunki, które trudno wypełnić, że Niemcy w Polsce tyle, a my tutaj dużo mniej... Gdyby istniały wielkie organizacje i stowarzyszenia zrzeszające po kilka, czy kilkanaście tysięcy członków, to te problemy w ogóle by nie zaistniały. Przed każdymi wyborami czołowi politycy niemieccy spotykają się z przedstawicielami Związku Wypędzonych i ubiegają o ich glosy. Nie dlatego, iż uważają, że Śląsk i Pomorze należy przyłączyć z powrotem do Niemiec, oni po prostu więdzą, że Związek Wypędzonych to kilkadziesiąt tysięcy ewentualnych głosów w następnych wyborach, o które warto zabiegać.
A nas tu podobno jest 1,5 miliona lub nawet wiecej, jak próbują wmawiać nam niektórzy działacze polonijni. I co z tego wynika? Nic, absolutnie nic! Bo nas jest dużo więcej niż tych 1,5 miliona, tylko ta ogromna rzesza emigrantów, uchodźców, przesiedleńców itd. to nie jest Polonia niemiecka. Ci ludzie mówią po polsku, regularnie odwiedzają kraj, z którego z różnych powodów kiedyś wyjechali, chętnie pobawią się na polskim sylwestrze, ale na tym się kończy to ich pielęgnowanie polskiej tożsamości. Oni tu nie przyjechali po to, by zakładać polskie chóry, kluby sportowe i wydawać polskojęzyczne gazety, lecz po to, by zapewnić sobie i swoim dzieciom lepszą przyszłość.

Ale prawie w każdym większym mieście znajdziesz jakieś towarzystwo polonijne.

Tak, zgadza sie, i to jest właśnie Polonia niemiecka. Tych kilkadziesiąt stowarzyszeń, klubów, czasami działaczy prywatnych. Tylko w skali kraju jest to jakieś tysiąc, dwa tysiące ludzi, którzy w ten czy inny sposób udzielają się mniej lub bardziej intensywnie. Zazwyczaj w takiej ferajnie jest kilkunastu członków, a aktywnych jest trzech, czterech. No i bardzo często ta działalność jest tylko w nazwie „kulturalna”. Przez te dziesięć lat obserwacji doszedłem do jednego wniosku: gdyby Niemcy zaczęli finansować te wszystkie pseudokulturalne projekty, to zalałaby nas tutaj fala takiej chały, takiego kiczu i kolorowego niby-folkloru, że moim zdaniem jedynym sensownym sposobem finansowania tych projektów byłby model stosowany przez EU, która płaci rolnikom, by nic nie siali na swoich polach...

Czy to nie za czarny obraz Polonii, który nam tu malujesz?

Można się spierać. Są oczywiście stowarzyszenia czy grupy, zazwyczaj kilkunastoosobowe, które całkowicie nie pasują do tego mojego opisu, ale to wyjątki, i zawsze są to ludzie dużo młodsi od nas. To młodsze pokolenie ma całkowicie inne, bliższe mi osobiście, spojrzenie na to, jak powinna wyglądać działalność kulturalna czy polonijna, jak kto woli. Oni nie chcą z nikim „walczyć”, oni po prostu realizują swoje projekty. Tych ludzi nigdy nie namówisz, by wstąpili do jakichś starych organizacji polonijnych, które kojarzą im się z kłótniami, obchodzeniem rocznic, które im zazwyczaj nic nie mówią, i imprezami cepeliowsko-folklorystycznymi.

Nie lubisz polskiego folkloru? Niemcy bardzo chętnie przychodzą na takie imprezy.

Lubię, gdy jestem w Polsce na wakacjach, ale jestem przekonany, że promowanie naszego kraju w ten sposób nic nie daje. To nie ta publika. Zresztą Peruwiańczycy tańczą i gwiżdżą na fujarkach na co drugim rynku w Niemczech, ale czy to przekłada się na ilość turystów niemieckich odwiedzających Peru? Wątpię.

Czy zmiany polityczne na górze, a co za tym idzie, nowi ludzie odpowiedzialni za kontakty z Polonią, mogłyby coś poprawić?

Tych zmian na górze i na dole w ostatnich dwudziestu latach było już tyle, że przestałem starać się zapamiętywać te wciąż nowe nazwiska, ale obojętnie która partia czy ugrupowanie, zasadnicza kwestia pozostaje taka sama – Polonia Niemiecka tak naprawdę mało kogo obchodzi. Co ja zresztą bardzo dobrze rozumiem, bo niby jaki interes ma mieć pan X., który został wysłany na placówkę do Niemiec na rok, dwa, może trzy lata, jeżeli się w międzyczasie nie zmieni ekipa w kraju? Jaki interes może mieć jakiś wpływowy polityk w Polsce, by zrobić coś dla Polonii? Oni przeważnie nie mają zielonego pojęcia o naszych problemach i o nas w ogóle. Gdy w polskich mediach pojawia się temat dotyczący Polaków w Niemczech, oczywiście zawsze chodzi o rzekomą dyskryminację nas tutaj, to wtedy znajduje się jakiś drugorzędny polityk, który dorzuca do tematu swoje trzy grosze, zazwyczaj jest to jakieś bulwersujące szerokie rzesze hasło typu: Nie damy dyskryminować naszych rodaków w Niemczech, i cieszy się, że jego nazwisko jest przez parę dni obecne w mediach.
Zapraszam do lektury wywiadu, który przeprowadziłem swego czasu z konsulem odpowiedzialnym za sprawy Polonii niemieckiej[1]. Tam na żadne moje pytanie nie padła ani jedna konkretna odpowiedź. To był dla mnie najlepszy przykład, jak bardzo oni wszyscy siedzą w temacie i jak bardzo my ich tutaj interesujemy. Tak tutaj, jak i w kraju zawsze chodzi o stołki, ciepłe posadki, układy, układziki itd. Jeżeli ktoś ma złudzenia, że im chodzi o coś innego, to mogę tylko głęboko współczuć.


Może wróćmy do początków pisma. Byłem praktycznie przy narodzinach „Zarysu”, więc wiem, że pismo powstało właściwie z niczego. Ten pierwszy numer, skromny objętościowo...

Delikatnie to ująłeś. Obaj wiemy, że ten numer był rzeczywiście słaby. Gdy dzisiaj go oglądam, to po prostu zgroza. Na szczęście cały nakład jest już od dawna wyczerpany... (śmiech). Ale przecież pierwszy numer zrobiłem praktycznie bez żadnych pieniędzy.Ten pierwszy zeszyt z pewnością nie był szczytem sztuki edytorskiej, jednak teksty, które w nim się znalazły, nawet jeżeli nie był to jakiś dobrze przemyślany dobór, były już na dobrym poziomie. Numer otwierał fragmentem swojej nowej powieści Wilhelm Dichter, którego pierwsza książka, Koń Pana Boga, była nominowana do Nike...
A potem szło już trochę z górki, przynajmniej ja miałem takie wrażenie, coraz więcej autorów, również tych znanych, coraz grubsze numery, od szóstego numeru wydania dwujęzyczne...

No właśnie, dlaczego zaczęliście wydawać „Zarys” w wersji dwujęzycznej?

Akurat w tym okresie oficjalnym wydawcą „Zarysu” było towarzystwo SALONik, które założyliśmy w kilka osób w Darmstadt. Zaczęliśmy się starać o dotację z BKM i oni postawili warunek, że pismo musi być dwujęzyczne. Nie pasowało mi to do mojego konceptu, bo w swojej naiwności wierzyłem, że będę robił pismo tylko dla Polonii, ale najpóźniej po 5. numerze było już jasne, że wśród Polaków tutaj, w Niemczech, nie znajdziemy zbyt wielu czytelników. Dlatego myślę, że ten warunek strony niemieckiej, z początku dla mnie dość niewygodny, bo oznaczało to jeszcze więcej pracy, w końcu wyszedł pismu na dobre i przedłużył jego żywot o kilka numerów. Poza tym bardzo szybko okazało się, że zainteresowanie naszym pismem wśrod Niemców jest dużo większe niż wśród Polonii. To głównie Niemcy zamawiali i prenumerowali nasze pismo.

Jak myślisz, czy brak zainteresowania twoim magazynem – czytaj: lekturą bardziej elitarną – odnosi się tylko do Polaków w Niemczech?

Nie wiem, jak wygląda sytuacja w innych krajach, gdzie znajdują się większe skupiska naszych rodaków, ale przypuszczam, że wszędzie wygląda to podobnie jak tutaj.

Czy nie rezygnujesz zbyt szybko? „Zarys”, jako zupełnie nowa propozycja na rynku, tym bardziej że kierowana do niszowego odbiorcy, potrzebował czasu, by wyrobić sobie markę. Na dodatek jeszcze ostatnie lata to czas, kiedy media elektroniczne skutecznie wypierają wydawnictwa papierowe. Może więc warto kontynuować pracę, nastawiając się na ten nowy sposób dotarcia do czytelnika?

Myślę, że dziesięć lat to wystarczający kawał czasu, by wypromować takie pismo jak „Zarys” na rynku, i jeżeli po tym czasie okazuje się, że nie potrafimy znaleźć tych kilkuset czytelników, którzy do tego są jeszcze gotowi raz w roku wydać pięć euro na to pismo, to najwyższy czas, by zastanowić się, co dalej.
Poza tym, jak widać, nie zrezygnowałem jednak całkowicie z „Zarysu” i kontynuujemy naszą pracę właśnie w wersji elektronicznej. Skład redakcji nie uległ zmianie, wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, że należy kontynuować tę inicjatywę, więc jestem dobrej myśli. Zresztą są tylko dwie opcje: albo, z takich czy innych powodów, kończymy naszą działalność, albo wszystko rozwija się w sposób, jakiego nikt z nas aktualnie nie jest w stanie przewidzieć. Obie opcje są dla mnie satysfakcjonujące.
Od lipca tego roku jest czynna nowa strona „Zarysu” i – ku mojemu zaskoczeniu – zainteresowanie jest większe niż wersją papierową. Więc z jednej strony porażka wydania papierowego, a z drugiej sukces, bo okazało się, że zainteresowanie w sieci jest dużo większe, niż się spodziewałem.

Jaka jest różnica między wersją papierową a tą elektroniczną? Czy możemy oczekiwać kolejnych numerów pisma?

Aktualnie wygląda to tak, że mamy archiwum, gdzie dostępne są bezpłatnie prawie wszystkie numery „Zarysu” oraz część z tekstami nowymi, które będą sukcesywnie dodawane. Do tego jeszcze dochodzą aktualności i kilka innych rubryk. To wszystko będzie się jeszcze rozrastało i zmieniało, bo przecież w tej wersji możliwości mam prawie że nieograniczone, ale nie będzie to już tradycyjny nowy numer jak w wersji papierowej.

Dziękuję za rozmowę.

Messel, 15 października, 2013

 

1. Magazyn Kulturalny „Zarys” 2007, nr 6.

Antykwariat - tania książka
Thomas H. Barczyk

Schreiben Sie uns Ihre Meinung!

Wir haben ein offenes Ohr

für Anregungen, Lob und natürlich auch Kritik.

Schreiben Sie uns, was Ihnen an Kulturmagazin Zarys gefällt und was wir in Zukunft noch besser machen können.


Napisz do nas i podziel się z nami swoją opinią o naszym piśmie.

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Magazyn Kulturalny Zarys - Kulturmagazin Zarys